piątek, 27 listopada 2009

Nieruchomości, Szczecin, mieszkania Bydgoszcz

Niegdyś Łona, to jest Adam Zieliński, raper reprezentujący Szczecin i Asfalt Records nagrał utwór "Nieruchomości". Kawałek raczej nie zrobił nigdy na mnie kolosalnego wrażenie, aczkolwiek jestem chyba w mniejszości. Tytus, właściciel Asfalt Records, "Nieruchomości" umieścił nawet na podsumowującym 10-lecie wytwórni albumie, co jest ogromnym wyróżnieniem, zważywszy na ilość znakomitych krążków wydanych nakładem tej stajni.

Nieruchomości w dzisiejszym świecie odgrywają ogromną rolę, nieważne czy są to nieruchomości Bydgoszcz czy nieruchomości Szczecin. Mieszkania Bydgoszcz również są ciekawą opcją, choć akurat mieszkania Bydogszcz nie jawią się jako opcja najbardziej prestiżowa.

A co na to Łona?

- Spójrz na to z tej strony
Ta historia opowiada o nas, wiesz?
Nie zniknęły szklane domy
nie ma tu nikogo, a w tłumie też jesteśmy sami-

Znakomicie, widzę znowu twarz znajomą, której właściciel wybudował nieruchomość.
Szczelnie ogrodzoną płotem i bez okien niemal
by przypadkiem światło nie raziło go, gdy będzie drzemał.
Ta samotność mu pasuje widocznie, ta
i choć na furtce wisi skrzynka na pocztę
nie zagląda do niej, bo jaki w tym cel jest,
skoro ostatniego listonosza zeżarł jego własny pittbullterier?
Krzywy ten dom i wciąż odlatuje mu coś
lecz on wierzy że fundamenty same pion przywrócą.
Ja bym w te fundamenty nie wierzył tak ładnie,
wiedząc że nieruchomość stoi na bagnie
i cóż z tego że chałupa runie na pewno
skoro ten mankament widać w sumie dopiero z zewnątrz.
A właściciel- typ z natury raczej nie ruchliwy
bez powodu nieruchomości opuszczać nie przywykł.
Nienękany niczym żyje bezpiecznie
otoczony setką identycznych fortec w sąsiedztwie.
Na osiedlu gdzie każdy mieszkaniec obok
Strzeże samego siebie przed samym sobą!
Ta dzielnica wiecznego szczęścia rozrasta się nadal
z każdym dniem bogatsza o nowego sąsiada,
co świadomie, choć za namową chorych urbanistów
wybudował sobie nieruchomość umysłu.

Ref.
-Spójrz na to z tej strony
Ta historia opowiada o nas, wiesz?
Nie zniknęły szklane domy
nie ma tu nikogo, a w tłumie też jesteśmy sami-

Spójrzmy tak na to: czemu by mu nie zazdrościć?
Jedyny lokator własnej nieruchomości
ma spokój, żadnych wątpliwości i ciszę
drzwi w prawdzie nie ma, ale nikt nie widział zęby kiedyś wyszedł.
Z resztą kto miał widzieć jeżeli ilekroć na osiedle
ktoś z zewnątrz próbuje się wedrzeć
wówczas niedoszłych gości zaopatruje w kwitek
rosły strażnik, z resztą główny architekt
i tkwi ten nasz mieszkaniec nieruchomo
wpatrując się w okno zaciągnięte zasłoną.
A gdyby chciał otworzyć to okno,
ujrzy tylko własny, piękny, trzymetrowy żywopłot.
Widok sąsiada z żoną- jak też oni sami są mu niepotrzebni
odkąd własną nieruchomość zasiedlił
i nikt się nie widzi i wszyscy są radzi
i za nic nie chcieliby się z stąd wyprowadzić.
W sumie po co się przejmować i siać postrach
w końcu to osiedle nieruchomości to zaledwie wioska.
Ale jak nie walić z armat, kiedy ta wioska staje się coraz bardziej globalna?

Ref.
-Spójrz na to z tej strony
Ta historia opowiada o nas, wiesz?
Nie zniknęły szklane domy
nie ma tu nikogo, a w tłumie też jesteśmy sami-

x2
To już najwyższy czas coś zmienić!

POSŁUCHAJ

Reklama Na Blogach

niedziela, 6 września 2009

Człowień - Człowiek z krwi i kości

Wrocławskie Supa Skillz kojarzyć się może różnie. Z jednej strony mamy dość ograniczonych do jednego stylu MC's pokroju Temate i Al Paciwo, z drugiej bardziej chętnego do eksperymentowania Shota. Gdzieś pomiędzy nimi uplasowałbym ostatniego członka kwartetu z 71 - Człowienia. W ostatnich tygodniach wypuścił on swój solowy album, pt. "Człowiek z krwi i kości". Myślałem, że w moje ręce wpadnie krążek na podobnie niskim poziomie, co płyty wspomnianych przed chwilą Temate i Al Paciwo. A tu proszę, Człowień całkowicie mnie zaskoczył.

Szczerze mówiąc, twórczość wrocławskiego rapera znałem - jak dotąd - słabo. Owszem, wcześniej już go gdzieś słyszałem, lecz nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Na swojej solówce Człowień pokazuje już jednak konkretne skille - dobre, choć niezbyt oryginalne flow oraz technikę na niezłym poziomie. Ponadto, reprezentant 71 operuje niskim głosem a'la PeeRZet bądź Jimson, przy czym potrafi go odpowiednio wykorzystać, w czym pomaga mu jego charyzma. Mówiąc inaczej, Człowień to obecnie raper kompletny, obdarzony umiejętnościami, idealnie pasujące do stylu, w którym się porusza.

Pod względem lirycznym członek Supa Skillz prezentuje już nieco bardziej nierówną formę. Trafiają mu się kapitalne utwory i wersy, lecz czasem zdarza mu się mocno obniżyć loty. Są numery zarówno znakomite (chociażby "Sześciu", "Złoty strzał" i "Czarna perła"), jak i takie, wobec których przechodzimy kompletnie obojętnie. W tekstach Człowienia możemy znaleźć elementy bragga, choć ewidentnie królem tego "sportu" wrocławski raper nie jest - w przeszłości słyszałem już masę lepszych linijek, utrzymanych w tej stylistyce. O wiele lepiej mieszkaniec stolicy Dolnego Śląska wypada w bardziej rozkminkowych numerach. Tu ewidentnie rządzi singlowe "Sześciu" - myślę, że każdy odnajdzie się w poszczególnych wersach z tego utworu. Ciekawie Człowień wypada również, rozliczając się z reprezentowaną przez siebie subkulturą. Na polski hip-hop narzeka przede wszystkim w "Złotym strzale", gdzie padają tak mocne słowa jak chociażby: "Polska scena umarła dla mnie razem ze Wzgórzem" lub "Dla niektórych płyta Peji była początkiem rapu / Dla mnie końcem idei, czegoś więcej chłopaku". Nieco inne oblicze Człowień pokazuje w utworach naszpikowanych klimatycznymi metaforami - w tym momencie wystarczy tylko wspomnieć o "Czarnej perle" i "Jestem wiatrem".

Kilka zdań należy się również gościom. Jako, że na "Człowieku z krwi i kości" znalazło się ich naprawdę sporo, to wymienię tylko tych najważniejsze. Najczęściej, bo w aż 3 numerach, słyszymy Shota, czyli mojego ulubionego rapera z Supa Skillz. W 2 z nich pokazał się ze świetnej strony, zapodając nie tylko dobre linijki, ale również istną lekcję stylu. Tylko w "Definicjach" zabrał się za śpiewanie refrenu, co bynajmniej nie jest jego najmocniejszą stroną. W przeciwieństwie do Mesajaha, który pojawił się w numerze "Ten czas II". Wokalista wrocławskiego Natural Dread Killaz posiada genialny głos i to wystarczyło. Wyróżnić muszę jeszcze Czesa. Mieszkający w Niemczech Polak dał Człowieniowi obłędny bit oraz dołożył kozacką, nawiniętą w języku zachodnich sąsiadów zwrotkę, w którą wmieszał kilka polskich wyrazów, co dało naprawdę fantastyczny efekt.

Jeśli już zahaczyliśmy o kwestie producenckie, to trzeba zaznaczyć, iż "Człowiek z krwi i kości" utrzymany jest w jednym, spójnym klimacie, idealnie pasującym pod nawijkę mieszkańca Wrocławia. Znajdziemy tu zarówno sample (chociażby w podszytym funkiem "Your Love"), jak i bardziej niuskulowe bity. Poziom produkcji różny - od kapitalnych, po niczym się nie wyróżniające podkłady.

Nierówna jest zresztą cała płyta - rewelacja miesza się często z przeciętnością, co daje nam po prostu dobry krążek. Wypada zauważyć, że podobnie było w przypadku "Origami" Shota. Nawiasem mówiąc, może warto byłoby kiedyś obie płyty porównać dogłębniej? Odrzucając na razie ten pomysł, powtórzę tyko, że "Człowiek z krwi i kości" to album, który warto znać, choć pewnym jest, iż nie spodoba się on wszystkim słuchaczom. Człowień pokazał znakomite skille i spory potencjał, choć na tym materiale jeszcze nie do końca wykorzystany. Zachęcam do przesłuchania płyty - miła i niespodziewana odskocznia od tego, co parę miesięcy temu pokazali Temate z Hensonem.

Ocena: 7/10

Matisyahu - Light

Matisyahu to niezwykle ciekawa i oryginalna postać. Mieszka w Nowym Jorku, jest ortodoksyjnym żydem, a przy tym wykonuje muzykę, będącą połączeniem reggae i hip-hopu. W ostatnich tygodniach Matisyahu wydał kolejny album w swojej karierze. Mogę już we wstępie powiedzieć, że "Light" bez dwóch zdań spełnia wszystkie moje oczekiwania.

Już przy pierwszym odsłuchu można zaobserwować, iż amerykański artysta nie stoi w miejscu - nie nagrał takiej samej płyty jak poprzednio, pokusił się o trochę eksperymentów. Wydaję mi się chociażby, że tym razem Matisyahu chętniej i częściej korzysta z elektronicznych ozdobników. Najlepszym na to przykładem jest otwierający krążek utwór "Smash Lies", gdzie od takich dźwięków się po prostu roi. Jeszcze bardziej odczuwalne jest to, iż nowojorczyk nieco mniej nadwyręża już swoje struny głosowe. Nie wyciąga takich partii jak na "Youth". Można powiedzieć, iż Matisyahu na "Light" po prostu nieco mniej "wyje". Co w zamian? Dużo melodyjnego śpiewu i trochę więcej niż zwykle rapowania. Dla niektórych może być to plus, inni mogą czuć się zawiedzeni. Sam jestem raczej na tak, ale nie dlatego, że poprzednie płyty Matthew Paul Millera mi się nie podobały. Po prostu, cieszę się, że Matisyahu ciągle szuka czegoś nowego, choć równocześnie potrafi utrzymać klimat swoich poprzednich produkcji.

Na dobrą sprawę, prawie każda piosenka z "Light" mogłaby zostać hitem. Dość melodyjny styl panoszy się wszędzie - niezależnie czy to singlowe "One Day", "So Hi So Lo", czy może "For You". Najbardziej wybija się - co najmniej wg mnie - numer "On Nature". Sporym plusem tego utworu jest wykorzystanie dziecięcego chóru, na wzór znakomitego "Another Brick In The Wall" Pink Floydów, czy przeboju grupy P.O.D. sprzed lat - "Youth of the Nations".

Nie można powiedzieć, aby "Light" dostarczyło mi takich doznań słuchowych jak znakomite pod każdym względem "Youth". Mimo tego, nie ma sensu na nową płytę Matisyahu psioczyć. Jest to trochę inny, a zarazem bardzo dobry krążek, do którego będę często wracał. Jeśli cenicie sobie oryginalność, a reggae i hip-hop nie wywołuje u Was odruchów wymiotnych, to "Light" powinniście sprawdzić jak najszybciej. Tak nietuzinkowe projekty nie zdarzają się często. Polecam.

Ocena: 8/10

Klifford-Green-Hryta - Good Stuff

Niektóre płyty powstają latami - ich premiery przekładane są tak często i na tak odległe terminy, że niecierpliwi fani zaczynają się zastanawiać, czy album w ogóle się ukaże. W naturze utrzymuje się jednak względna równowaga. Niektóre projekty powstają bardzo spontanicznie - czasem w tydzień, czasem nawet w 24 godziny. Właśnie w 7 dni powstał album "Good Stuff", będący efektem wspólnego palenia jointów przez 3 raperów, powiązanych z łódzką sceną: Hryty, Greena i Klifforda.

Spontanicznie nagrane krążki nie zawsze są dobre, rzadko kiedy dopracowane, ale zawsze kipią czystą, niewymuszoną zajawką. Tak jest właśnie z "Good Stuff". Bez wątpienia jest to najważniejszy plus tego materiału. Każdy z trójki łódzkich MC's prezentuje nieco odmienny styl, co jest może ciekawe, lecz mi to jakoś nie do końca leży. Zagrania w stylu "dla każdego coś miłego" nie zawsze się sprawdzają - w końcu rzeczy uniwersalne są tylko niekiedy dobre. Najbardziej wybija się Green. Członek Phonoloftaleiny posiada wysokie umiejętności - potrafi zainteresować linijkami, operuje niezłym flow, głosem i techniką. Pozostała dwójka prezentuje już niższy poziom. Hrytęato hypeman Ostrego na koncertach - nie oszukujmy się, nie jest to najbardziej twórcza i kreatywna rola. Zarówno on, jak i Klifford nie pokazali na tej płycie nic, co sprawiłoby, że zacząłbym myśleć o nich w nieco innych kategoriach. Niby to tylko luźny i spontaniczny rap, ale gdy przychodzi pora na Greena, to ten niemalże zjada na śniadanie swoich kolegów.

2/3 albumu wyprodukował Atlon, który - jak do tej pory - był dla mnie anonimowym beatmakerem. Niczym mnie, szczerze mówiąc, nie zaskoczył - ot, takie tam poprawne, niczym nie wyróżniające się kąski. Warto dodać, że 2 bity dołożył Ostry, czyli wg wielu najlepszy polski producent. Na "Good Stuff" nie przyszykował jednak żadnych bomb, a swoim kolegom sprezentował jedynie jakieś odrzuty. Nie ma co się jednak dziwić - po co dawać obłędne bity podziemnym raperom, z których tylko jeden prezentuje niezły poziom?

Lubię takie spontanicznie inicjatywy - zajawka kipi, a to jest chyba najważniejsze. Trzeba jednak spojrzeć prawdzie w oczy - choć płyty słuchałem często, to nie ulega wątpliwości, że mamy do czynienia wyłącznie z przeciętnym materiałem. Jeśli podobają Wam się takie klimaty, to mimo tego "Good Stuff" warto sprawdzić.

Ocena: 5/10

wtorek, 1 września 2009

Mały Esz Esz - Bez Zabezpieczeń

Małego Esz Esz poznałem jakieś 2 lata temu, kiedy to na fali zainteresowania Jimsonem usłyszałem "Kwiatki, Łączki i Miłość" z jego gościnnym udziałem. Szybko spodobał mi się "chill-outowe" flow oraz luzacki głos. Od razu sprawdziłem "Bez Zabezpieczeń", czyli wydane na legalu solo Esz Esza. Wiecie, młody byłem, ledwo dotrwałem do outra. Mimo wszystko, już wtedy stwierdziłem, że było cholernie warto. Jakie tam rzeczy dzieją się w "Ukrytym Bonus Tracku"! Przez te 2 lata członek Szybkiego Szmalu istniał w mojej głowie tylko z uwagi właśnie na ten kawałek oraz wcześniej wspomniany numer nagrany z Jimsonem. Wreszcie jednak postanowiłem dać "Bez Zabezpieczeń" jeszcze jedną szansę.

Z czego bardzo się cieszę. Przez te 2 lata moje gusta mocno ewoluowały, stały się jakby bardziej tolerancyjne, zwłaszcza dla rapowych produkcji z krajowego podwórka. Pojąłem, że co do solo Esz Esza bardzo się myliłem. Umówmy się, nie jest to żaden klasyk, ale naprawdę bardzo dobra płyta. Niestety mocno niedoceniona - i to nie tylko przeze mnie. Plusy albumu można mnożyć. Przede wszystkim na największe oklaski zasługuje jego autor. O dobrych umiejętnościach i predyspozycjach wspomniałem już we wstępie. Najważniejsze jest jednak to, że Esz Esz potrafi zainteresować słuchacza również przekazywaną treścią. Choć czasem zgrywa cwaniaka, to na ogół wypada jednak jako normalny, całkowicie zwyczajny gość z głową na karku. Podobać się może jego stuprocentowa szczerość, romantyczne podejście do miłości oraz zdrowe poglądy. Na płycie znajdziemy dużo emocji i wiele trafnych wersów, które spokojnie można podpiąć pod swoje, powstające na bieżąco sytuacje życiowe.

Produkcją "Bez Zabezpieczeń" w głównej mierze zajął się Szogun, beatmaker Szybkiego Szmalu, znany przede wszystkim ze skomponowania "Muzyki Rozrywkowej" Pezeta. Solo Esz Esza to jednak całkowicie inne klimaty - dominuje ciepła, miła dla ucha muzyka, oparta na świetnych skądinąd samplach. Warto dodać, że choć beaty są w pewnym stopniu zróżnicowane, to mimo tego Szogunowi udało się utrzymać jakże ważny efekt spójności. Swoje zrobili też DJ Delta oraz Malin - autor remiksu utworu "Liczę do 3". Nie można też zapominać o gościnnych występach innych raperów - świetnie zaprezentował się W.E.N.A. ("Wolność" to w ogóle jeden z ciekawszych numerów z płyty), nieźle Pezet ("Znajdź odpowiedź" to akurat mój faworyt), zaś znajomi z Szybkiego Szmalu (Proceente, Emazet, Łysonżi i Cech) na ogół poprawnie, acz bez szału. Natomiast w refrenach gdzieniegdzie usłyszymy śpiew Karoliny G. oraz Lerka. Tego drugiego można było sobie darować - szczerze mówiąc zupełnie nie podoba mi się jego głos.

Tak jak już pisałem - solo Małego Esz Esza zostało niedocenione przez wielu. "Bez Zabezpieczeń" to płyta na bardzo wysokim poziomie. Może nie dla każdego, może nie potrafi oczarować od pierwszego odsłuchu, ale jak już w końcu zaskoczy... Pełno genialnych, trafiających w sedno (niekoniecznie rewelacyjnie złożonych) linijek, tony emocji i szczerości. Z mojej strony pozostaje tylko jeszcze raz gorąco polecić "Bez Zabezpieczeń". Jeśli lubicie tego typu klimaty, a nie znacie jeszcze tej płyty, to pewnie będziecie mi dziękować za to, że o niej napisałem.

Ocena: 8/10

Łysienie - przeszczep, zagęszczanie i wypadanie włosów

Łysienie to przypadłość, która dopada głównie mężczyzn, choć i przypadki wśród kobiet, zwłaszcza bardzo, bardzo, bardzo, bardzo starych się zdarzają. Tendencje do łysienia nie mają jednak wszyscy mężczyźni. Sam obserwuję to po swojej rodzinie. Jeden z dziadków wyłysiał niemal całkowicie, drugi tylko ledwie posiwiał, a obaj są w dość podobnym wieku. Ciekawe, prawda?

Wypadanie włosów
, czyli inaczej - zaraz, zaraz - łysienie? Tak, bingo! Wypadanie włosów to nic innego jak łysienie, aczkolwiek nie zawsze włosy wypadają ze starości, powodem czasem bywają różnego rodzaju choroby.

Zagęszczanie włosów to coś, czego nigdy, co najmniej do pewnego wieku, bym nie zrobił. Póki co mam tak gęste włosy, że gdy za bardzo urosną, to elektryczna maszynka do włosów ma ogromne problemy z ich skróceniem. Wiadomym jednak jest, że dla niektórych osób zagęszczanie włosów jest niezbędne, zwłaszcza gdy myślą o dobrym wizerunku. Kupują wtedy jakieś płyny, łykają jakieś tabletki. Cóż, współczesna medycyna potrafi zdziałać cuda.

Przeszczep włosów to zabieg, którego nie wstydzą się bogaci ludzie. Dokonał go kiedyś premier Włoch i multimilioner, Silvio Berlusconi. Tabloidy bądź - jak kto woli - szmatławce z Italii miały w tym czasie niezwykle ciekawy temat. "Berlusconi miał przeszczep włosów!".

Na koniec odchodzimy od włosów, albowiem zajmiemy się czymś jak anonse. Anonse w Internecie, również te towarzyskie, stały się w ostatnim czasie bardzo popularne. Ciekawe, prawda?

Reklama Na Blogach

Kasy fiskalne, automatyka, biznesplan, domy drewniane

Kasy fiskalne kojarzą mi się głównie z protestem taksówkarzy, który miał miejsce dobrych parę lat temu. Otóż chodziło o to, że taksówkarze mieli montować w swoich taksówkach... kasy fiskalne, które miałyby być pewnym gwarantem ich "uczciwości".

Automatyka - dziedzina nauki (nauki techniczne) zajmująca się analizą i modelowaniem matematycznym obiektów i układów różnej natury (np. cieplnych, chemicznych, elektrycznych, mechanicznych, hydraulicznych, pneumatycznych). Mieliście pojęcie, że to jest właśnie automatyka?

Mam biznesplan na przyszłość. Zarabiać na blogach - na razie jest z tego raczej niewielki pieniądz, ale wraz ze wzrostem znaczenia Internetu oraz wraz ze wzrostem popularności moich blogów może będzie więcej hajsu. Taaak, to jest znakomity biznesplan.

Kserokopiarki używane kupuje się wtedy, gdy na kserokopiarki nieużywane nas nie stać. Tak, cena to najważniejsza zaleta kserokopiarek używanych. Kserokopiarki używane to istny ratunek w czasach kryzysu.

Domy drewniane kojarzą mi się przede wszystkim z domami wykonywanym przez górali, jak w tym tanim filmie o miłości "Nigdy w życiu". Domy drewniane mnie nie zachwycają, nie chciałbym w takim mieszkać całe życie, ale jakieś 10 dni, podczas urlopu już bardzo chętnie.

Docieplanie budynków było jakiś czas temu pewnego rodzaju modą. Docieplano całe osiedla! teraz mam wrażenie, że moda na docieplanie budynków nie tyle ustała, co zelżała. Może po prostu to już nie jest moda, a zwyczajna rzecz?

Reklama Na Blogach

niedziela, 30 sierpnia 2009

Groundation - Here I Am

Na pierwszy rzut oka ucha, muzyka wykonywana przez Groundation to reggae jak każde inne. Później jednak szybko odkrywamy, że tu i ówdzie mamy wplecione jakieś partie fortepianowe (autorstwa niezawodnego Marcusa Uraniego) lub na innych instrumentach, niekoniecznie typowych dla gatunku wywodzącego się z Jamajki. Wprawdzie kalifornijska kapela wciąż raczy nas reggae, lecz jest to już reggae przyozdobione jazzowymi przerywnikami - i tego będziemy się trzymać. W ostatnich dniach swoją premierę miał pierwszy od 2006 roku nowy album Groundation. Już we wstępie mogę powiedzieć, że "Here I Am" jak najbardziej spełniło moje oczekiwania.

Harrison Stafford i spółka raczej nie zaskakują. Najnowsza płyta to kontynuacja drogi obranej w momencie nagrania "Young Tree" w '99. Spokojne i wyważone roots reggae miesza się gdzieniegdzie z ocierającymi się o jazz wstawkami. Mówiąc inaczej, w muzyce Groundation nie zaszły właściwie większe zmiany. Jednocześnie, nie można mówić o jakimkolwiek zastoju. Kalifornijscy artyści wciąż zdają się rozwijać, na co ogromny wpływ mają w głównej mierze muzycy spoza grupy. Duet The Congos, który współpracował już z Groundation przy okazji wcześniejszych projektów, pojawia się w aż 4 utworach na "Here I Am". Gościnnie na instrumentach perkusyjnych udziela się - w niektórych piosenkach - Uzziah Thompson oraz Paul Spina (były członek zespołu). W dwóch kawałkach Harrisona Stafforda wyręcza Pablo Moses, co jest dość ciekawym zabiegiem i miłym urozmaiceniem mimo, że głos tego pierwsze podoba mi się o wiele bardziej. Wydaję mi się też, iż na "Here I Am" nieco częściej wykorzystywane są chórki, za które na tej płycie odpowiadają Kim Pommel i Stephanie Wallace.

Groundation przygotowało znakomity prezent dla swoich fanów. Najnowszy album kalifornijskiego zespołu na pewno nie przypadnie do gustu najzagorzalszym przeciwnikom formacji, lecz na pewno spodoba się wszystkim tym, co o Harrisonie Staffordzie, Marcusie Uranim i reszcie muzyków myślą pozytywnie. Szkoda, że na dobrą sprawę znacząco wybija się tylko kawałek tytułowy, aczkolwiek - trzeba to wyraźnie zaznaczyć - reszta utworów prezentuje naprawdę bardzo wysoki poziom. Jeśli kręci Was dobre roots reggae, zaś rzucane tu i ówdzie jazzowe wariacje nie wywołują negatywnych odruchów, to czym prędzej sprawdzajcie "Here I Am".

Ocena: 8/10

piątek, 28 sierpnia 2009

Impakte - Energia EP

Są takie płyty, których słucha się tylko dla featuringów. Słabo świadczy to o wykonawcy, firmującym dany krążek swoją ksywką. Ale już tak bywa, że kompletnym "łakom" bądź - jak kto woli - czwartoligowym raperom dogrywają się ludzie z naprawdę niezłymi skillami. Tak było właśnie w przypadku epki "Energia" tria Impakte. Majo, Bujan i Porter to słabi MC's, którym jednak udało się ubłagać o zwroty Lilu i Smarka.

Co ciekawe, łodzianka zaprezentowała się raczej średnio. Szeptany rap to - szczerze mówiąc - słaby patent, nieco lepiej wyszedł jej śpiew. Smark za to pokazał klasę, a przecież "Energia" wychodziła jeszcze w czasach, kiedy to nikt nie słyszał o "Najebawszy" (2004 rok). Pewnie kojarzycie bootleg "Tony Flegmy" - tam można było znaleźć, pochodzącą z epki Impakte, zwrotkę gorzowianina (utwór "Czas"). Wiadomo, nie jest to może najważniejsza i najlepsza chwila w karierze Smarka, lecz jego wersy jak najbardziej zasługują na uznanie. O gospodarzach już wspominałem - spisali się naprawdę słabo. Nijakie głosy, flow, którym nie potrafią zainteresować i niewyraźna dykcja. Ich teksty, jeśli już są nawet ciekawe, ciężko zrozumieć - trzeba się mocno wsłuchiwać, a co to za przyjemność?

Pod względem bitów "Energia" wypada nieco lepiej. Produkcją większość kawałków zajął się Kash, znany głównie z grupy Gang Agi. Bity niezłe, lecz na dobrą sprawę niczym wielkim się nie wyróżniają (no może "Czas" ma w sobie pewną moc). Warto wspomnieć, że intro - wedle dołączonego do paczki z płytą pliku tekstowego - wyprodukował nie kto inny a... Smarki Smark. Efekt przeciętny, ale z dziennikarskiego obowiązku wspomnieć o nim trzeba i tyle.

Nie ma co dalej przedłużać, Impakte wydało marną płytę, mającą swoje przebłyski, które jednak nie są autorstwa żadnego z osobników tworzących trio. Gdyby nie fakt, że zwrotkę Smarka z "Czasu" można usłyszeć na "Tonym Flegmy", to powiedziałbym, że właśnie dla niej warto ściągnąć "Energię", lecz w takim wypadku, nie ma nawet co interesować się tym materiałem. Nie traćcie czasu.

Ocena: 3+/10

wtorek, 25 sierpnia 2009

Guru - Jazzmatazz, Vol. 1

Odwiedzając inne kraje, często zaglądam do różnego rodzaju sklepów muzycznych. Moim głównym celem nie są wbrew pozorom płyty lokalnych artystów, ale promocje, którymi często okazują się klasyki amerykańskiego hip-hopu. Później wprawdzie wychodzi szydło z wora - tak naprawdę dane krążki kosztują w Polsce tyle samo albo nawet mniej, lecz w naszym kraju zawsze znajdę lepszy (a właściwie mniej ryzykowny) wydatek. Z Niemiec mam "Licensed To Ill" Beastie Boys, z Hiszpanii drugi i trzeci album Public Enemy. Najbardziej do gustu przypadł mi jednak zakup holenderski - pierwsza część znakomitego "Jazzmatazz" Guru.

Co więcej, był to wybór całkowicie w ciemno. O płycie wcześniej słyszałem, lecz jej samej już nie. Odnośnie "Jazzmatazz" miałem jedno wyobrażenie - połączenie rapu i jazzu firmowane przez Guru. Oba gatunki lubię, więc czemu miałbym nie spróbować? Ponadto opinie innych słuchaczy były niesamowicie przychylne, a i cena zadowalająca. Koniec końców - kupiłem.

"Jazzmatazz" szybko okazało się płytą nie na każdą porę dnia i nastrój. Do jej słuchania upodobałem sobie szczególnie wieczory, zwłaszcza wtedy, kiedy byłem zmęczony. Album Guru odpręża w sposób wyjątkowy i - co chyba najważniejsze - wyśmienity. Serio, jego przesłuchanie przed pójściem spać, niemal zawsze było gwarantem spokojnego snu. Warto jednak zaznaczyć, że efekt ten Guru nie uzyskał w pojedynkę - otrzymał on bowiem pomoc od niezwykle utalentowanych instrumentalistów, wokalistów i wokalistek oraz jednego rapera. Słyszymy głosy m.in.: N'dey Davaneport, DC Lee, Carleen Anderson oraz Francuza, MC Solaara. Na dobrą sprawę, czarną robotę odwalają jednak instrumentaliści. Saksofon Branforda Marsalisa w "Transit Ride" to prawdziwe mistrzostwo świata, co również tyczy się zresztą partii fortepianowych Donalda Byrda w "Loungin'". Guru wspierają jeszcze m.in.: Simon Law na keybordach, Gary Barnacle na flecie i saksofonie, Liston Smith na akustycznym i elektrycznym fortepianie, Zachary Breaux na gitarze i - wreszcie - Roy Ayers, nazywany przez wielu ojcem chrzestnym acid-jazzu.

Pod względem brzmieniowym "Jazzmatazz" właściwie zarzucić nie można nic - Guru powinno postawić się pomnik za to, że w sposób niezwykle udany udało mu się połączyć jazz z rapem (choć w przypadku "No Time To Play" można już mówić o lekko funkowych klimatach). We wszystkim nie gubi się amerykański MC, który płynie znakomicie, a jego teksty znakomicie pasują do charakteru płyty. Zastanawiam się tylko, jak "Jazzmatazz" odbierają słuchacze jazzu. Czy pomysł Guru jest dla nich zjadliwy? A jeśli tak, to czy potrafią się nim zachwycić tak jak ja i - ostrożnie licząc - dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy hip-hopowych głów z całego świata?

Dla mnie "Jazzmatazz" to płyta na naprawdę wysokim poziomie. Coś, czego wcześniej nigdy wcześniej nie słyszałem, co może świadczyć albo o wielkości Guru, albo o mojej marnej znajomości tematu. Prawda pewnie leży gdzieś po środku. To po prostu "muzyka duszy", jak ktoś kiedyś nawinął. Powiem tak, jeśli nie znacie, to powinniście to jak najszybciej zmienić. Gorąco do tego zachęcam. Jestem pewien, że - podobnie jak ja - możecie kupić oryginał w ciemno.

Ocena: 9/10

niedziela, 23 sierpnia 2009

Maleo Reggae Rockers - Addis Abeba

Przyznam się bez bicia, że kiedy brałem na tapetę "Reggaemovę", zupełnie nie znałem planów na przyszłość Darka Malejonka. Niecały miesiąc od powstania tamtej, napisanej w ramach rozgrzewki przed tegorocznym Reggae nad Wartą, recenzji w sklepach pojawił się nowy album Maleo Reggae Rockers. "Addis Abeba", jak sam tytuł powinien wskazywać, mocno zainspirowana jest tym, co wokalista formacji przeżył, zobaczył i usłyszał podczas swojej podróży po Afryce, również w Etiopii, gdzie w końcu należy szukać źródła rastafarianizmu.

Zaowocowało to krążkiem znacznie spokojniejszym pod względem brzmienia. Na dobrą sprawę tylko singlowy numer może przypominać o żywiołowej energii, która w ogromnej ilości występowała na poprzednim albumie Maleo Reggae Rockers. Żwawszy, w porównaniu do reszty płyty, charakter "Reggae Radio" to jednak tak naprawdę zasługa gości - Cheeby, Grizzleego i Ras Luty, tworzących będące w ostatnich latach na fali EastWest Rockers. Cała trójka zaprezentowała się poprawnie, najkorzystniej wypadł ostatni z wymienionych. Niemniej, singiel odstaje stylistycznie od reszty płyty. W moim odczuciu jest niezły, lecz najzwyczajniej w świecie większość z pozostałych utworów po prostu go przewyższa.

Najbardziej upodobałem sobie piosenkę "Alibi". Od strony lirycznej przypomina mi ona nieco ubiegłoroczny przebój Mesajaha, zatytułowany "Każdego Dnia". Tym razem tekst jest jednak jakby nieco mniej naiwny, zaś sam numer nie denerwuje mnie tak jak hicior wrocławianina. Swoją drogą, warto zauważyć, że liryczna warstwa "Addis Abeby" to w dużej mierze kawałki o miłości. Nic do tego nie mam, bo właściwie wszystkie tego typu utwory na płycie stoją na wysokim poziomie, lecz myślałem, że wspominana wcześniej podróż Malejonka po Afryce zaowocuje tekstami, które będą w większym stopniu nawiązywać do problemów, borykających Czarny Ląd. Maleo postanowił jednak pójść w nieco inną stronę - wyjął ze swoich turystycznych wojaży tylko to co dobre. Efektem takiej decyzji są takie, a nie inne teksty oraz pozytywne, lecz wyważone i dojrzałe kompozycje.

Ocenić "Addis Abebę" względem "Reggaemovy" niezwykle trudno. Bez wątpienia najnowszy album Maleo Reggae Rockers jest o wiele dojrzalszy i technicznie lepszy. Malejonek gubi jednak gdzieś przebojowość, której przecież na poprzednim krążku nie brakowało. Nie ma też eksperymentów w stylu wspólnego utworu z raperami i swoim synem. Sama płyta nie robi też na mnie takiego kolosalnego wrażenia - nie przypadła mi do gustu w aż takim stopniu, choć zarazem jestem świadom pewnego kunsztu Maleo i go najzwyczajniej w świecie doceniam. Koniec końców, "Addis Abebę" oceniam oczko niżej niż jej poprzedniczkę. To bardzo dobra i solidna płyta, adresowana do nieco dojrzalszego grona odbiorców, która zarazem nie niesie ze sobą już takiej mocy. Inna sprawa, że ewentualny nabywca raczej się nie rozczaruje. Sprawdźcie, bo naprawdę warto.

Ocena: 8/10

V/A - Gajcy

Tadeusz Gajcy był poetą, którego okres najważniejszej twórczości przypada na II wojnę światową. Zmarł podczas Powstania Warszawskiego. Szczerze mówiąc poezji Gajcego nigdy na oczy nie widziałem lub - jeśli była ona przerabiana w szkole - w ogóle nie zapadła mi ona w pamięć. Kiedy usłyszałem, że Muzeum Powstania Warszawskiego chce upamiętnić poetę płytą z muzyczną interpretacją jego twórczości, również nie rzuciłem się na jego wiersze. Po części "słowo pisane do mnie nie przemawia" jak u Kazika, wolę "słowo śpiewane". Poczekałem więc do premiery albumu.

Staszewskiego wspomniałem przed chwilą nieprzypadkowo. Pojawia się w jednym utworze na płycie, aczkolwiek jego "Modlitwa za rzeczy" jakoś zupełnie mi nie leży. Wielu artystów jednak mocno się postarało, a przecież trzeba dodać, że krążek to wbrew pozorom spory rozstrzał gatunkowy. "Gajcy" to m.in. spokojny i wyważony rock, nieco ostrzejsze, bardziej żywiołowe i brudne, punkowe granie, a nawet luzująca reggae pulsacja. Szkoda, że po dobrym przyjęciu "Poetów" nie pokuszono się o zaproszenie na płytę jakiegoś rapera. Zdecydowanie na plus zaprezentowały się Agressiva 69, gorzowski Kawałek Kulki oraz zupełnie nieznana mi wcześnie Karolina Cicha i zespół Fat Belly Family. Nieco mniej do gustu przypadła mi interpretacja Żywiołaka - po tym zespole spodziewałem się chyba po prostu nieco więcej energii przez cały czas trwania utworu. Wspomnieć należy też o pozostałych wykonawcach. Do projektu przystąpiło bowiem jeszcze sporo artystów i grup, w tym Lech Janerka, Dezerter, Made in Poland, Pogodno, N.O.T., 52UM, Hetane oraz gorzowianka Karotka (gra również wraz z Kawałkiem Kulki).

Bez wątpienia "Gajcy" to całkiem udany krążek - i bardzo dobrze, bo to tylko zaowocuje kolejnymi, podobnymi inicjatywami w przyszłości, a te - co by nie mówić - są po prostu potrzebne. Patrząc na to jednak pod całkowicie innym kątem, albumowi zdecydowanie brakuje jakiegoś konkretnego przeboju. Bez niego, "Gajcy" to naprawdę dobry album, ale zaledwie na kilka odsłuchów. Za parę lat wracać będziemy do niego tylko na lekcjach polskiego przy omawianiu poezji wojennej. Niemniej, projektem warto się zainteresować. Jest on świetnym przykładem na to, że wiersze można interpretować w sposób udany, a zarazem różnorodny. Polecam i zachęcam do kupna.

Ocena: 7/10

niedziela, 9 sierpnia 2009

Snowgoons - German Show

Dziś kończę przybliżanie płyt wykonawców, którzy wystąpią na tegorocznym Hip Hop Kempie. Na tapetę weźmiemy niemiecki tercet Snowgoons, który całkiem niedawno wypuścił album "German Snow". Nie znam za dobrze sceny naszych zachodnich sąsiadów, lecz gdy tylko spojrzymy na tracklistę wydawnictwa, w mig pojmiemy, że na dobrą sprawę wiedza na jej temat nie jest nam potrzebna, ponieważ wśród gości przeważają raperzy ze Stanów.

Powinniśmy wyjść od tego, że Snowgoons to tak naprawdę trójka uzdolnionych producentów, którzy na bieżąco dostarczają wysokiej jakości bity amerykańskim MC's. Osoby, siedzące w undergroundowym rapie z USA, pewnie kojarzą takie ksywki jak DJ Illegal, DJ Waxwork i Det. Szczerze powiedziawszy, produkcje od tych panów jakoś nie zaskakują oryginalnością, lecz ewidentnie potrafią przyciągnąć uwagę słuchacza. Ich główną cechą są mocne bębny oraz całkiem ciekawe sample, wyszukiwane chociażby w soulu bądź muzyce klasycznej. Interesująco wypada dla przykładu numer "Gunz", oparty na głównym motywie z soundtracku do "Requiem dla snu".

Na "German Snow" główną atrakcją są rzecz jasna znakomici, amerykańscy MC's. KRS One, Ill Bill, El Da Sensei, O.C., Rasco, Sean Price, Supastition i Reef the Lost Cauze z Army of the Pharaos to tylko niektórzy z nich. O ich klasie nie ma co się rozpisywać. Inna sprawa, że na dobrą sprawę na ubiegłorocznym "The Golden Touch" DJ Wicha wystąpiła jeszcze mocniejsza ekipa raperów ze Stanów. Nie mówię tu może o poziomie, ale o rozpoznawalności. Cóż, Talib Kweli i Lil' Wayne robią swoje. Warto jednak zaznaczyć, że "German Snow" to również gościnne zwrotki wielu mniej znanych, za to utalentowanych zawodników z Niemiec. O żadnym z nich wcześniej nie słyszałem, ale od razu widać (a właściwie słychać), że dysponują naprawdę sporymi umiejętnościami.

Najnowsza propozycja od Snowgoons to - że tak powiem - gruba płyta, którą jednak nie potrafię się w żaden sposób zajarać. No, może poza numerem "Gunz". Nie zmienia to jednak faktu, iż "German Snow" to naprawdę bardzo dobry album i właśnie dlatego warto go sprawdzić. A nuż Wam się spodoba bardziej niż mi.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Hilltop Hoods - State of the Art

O tym, że australijskie Hilltop Hoods może mi się spodobać, słyszałem już dawno. Wieszczyli tak "znawcy tematu", którzy - patrząc na moje ulubione grupy - przewidywali, że rap od tercetu z Adelaide trafi w moje gusta. Mimo tych wszystkich rekomendacji, niczego z dyskografii Hilltop Hoods nie ruszałem. Dopiero świeżynka w postaci "State of the Art" zmieniła ten stan rzeczy. Ominąłem więc wszystkie poprzednie albumy Australijczyków i sięgnąłem po gorącą nowość. Szybko się okazało, że "znawcy tematu" mieli rację.

Hilltop Hoods składa się z dwójki raperów - Suffa i Pressure, których wspomaga DJ Debris. "State of the Art" to już ich szósty, długogrający album z kolei. W ucho szybko wpadają bujające bity, utrzymane w dość jednolitym klimacie. Tu - podobnie jak w przypadku La Coka Nosty - również odnoszę wrażenie, że większość z nich to istne koncertowe bomby, choć akurat jeśli chodzi o produkcje Hilltop Hoods, to bardziej przypominają one takie "Hellfire" CunninLynguists, niż którykolwiek z numerów z "A Brand You Can Trust". Suffa i Pressure płyną po bicie elegenacko - obaj dysponują sporymi umiejętnościami, przez co słucha się ich po prostu z przyjemnością.

Liryczną stronę albumu ocenić mi trudno, bo po prostu nie rozumiem wszystkiego. Nigdy nie kumałem za wiele ze słuchu, a dziwny - jak dla mnie - akcent Australijczyków w tym mi w ogóle nie pomaga. Coś tam jednak pojąłem, w tym chociażby genialne "Fifty In Five", czyli - na moje oko - próba zobrazowania współczesnego świata pojedynczymi słowami, pewną grą skojarzeń. Można powiedzieć, że coś w podobnym stylu zrobił w zeszłym roku Afro Kolektyw w numerze "Ostateczne rozwiązanie naszej kwestii". Choć oba numery są doprawdy rewelacyjne, to mam wrażenie, że Hilltop Hoods wyszło po prostu ciekawiej i lepiej.

"State of the Art" to jedna z najlepiej przyjętych przeze mnie w tym roku płyt. Przekonałem się, że tercet z Adelaide robi doskonały rap, który pewnie będę teraz wałkował, poznając jego starsze krążki. Nie powielajcie mojego błędu i nie bierzcie się za Hilltop Hoods dopiero w momencie, gdy przypadkiem w Wasze ręce trafi najnowszy krążek tej grupy. Bierzcie się za czołowych przedstawicieli australijskiego hip-hopu już teraz, całkiem świadomie. Tak rewelacyjnej płyty nie można przegapić.

Ocena: 9/10

La Coka Nostra - A Brand You Can Trust

We wstępie już powiem, że właściwie na rapie ze Stanów się nie znam. Na dobrą sprawę, nie mam o nim bladego pojęcia. Mimo tego, płytę "A Brand You Can Trust" chętnie Wam przybliżę, chociażby dlatego, że stoi za nim La Coka Nostra, czyli grupa będąca jedną z gwiazd tegorocznego Hip Hop Kempu. Ba, wydaję mi się, iż Everlast, Ill Bill i spółka są w stanie odwalić największe show podczas czeskiego festiwalu. Dlaczego?

Ano dlatgo, że "A Brand You Can Trust" po brzegi wypełnione jest koncertowymi bombami. Słuchając każdego utworu, gęba słuchaczowi otwiera się sama - nie wie co powiedzieć, a przy okazji zastanawia się, jakby La Coka Nostra brzmiała na żywo. Właśnie z powodu tej super-grupy najbardziej żałuję, że w tym roku na Kempie mnie jednak zabraknie.

Na "A Brand You Can Trust" hardcore'owy rap miesza się z grubymi (naprawdę grubymi!) bitami, które miejscami wspiera gitara elektryczna Everlasta. Ba, gdzieniegdzie hip-hop zamienia się tu w bardziej rockowe granie, czego najlepszym przykładem jest numer "The Strain" - dla mnie prawdziwie mistrzostwo świata. Rozumienie tego, o czym nawijają chłopaki z La Coka Nostra jest wprawdzie porządane, ale - moim zdaniem - niekoniecznie niezbędne. Myślę, iż spokojnie można zajarać się samym flow każdego z nich. Prezentują oni styl, który podoba się naprawdę szerokiej grupie osób (nawiasem mówiąc mi również). Swoje robi też DJ Lethal, autor wszystkich scratche'y i cutów na krążku. Wcześniej był członkiem Limp Bizkit oraz współpracował z Chesterem Benningtonem z Linkin Parku, więc miał gdzie zdobywać niezwykle cenne doświadczenie. Przy okazji nie można zapominać o gościach, sprawujących się - notabene - również wyśmienicie. Zresztą ksywki mówią same za siebie. Na "A Brand You Can Trust" oprócz chłopaków z La Coka Nostra słyszymy też Snoop Dogga, Immortal Techniqe, Bun B, Sick Jackena oraz B-Reala.

Nie znam za bardzo rapu ze Stanów. Oceniając dany album, ciężko jest mi więc porównać go do innych krążków, których przecież w ogóle nie kojarzę. Mogę tylko powiedzieć, czy mi się podobało, co degraduje moją recenzję do roli laickiej opinii. Trudno. W moim odczuciu "A Brand You Can Trust" to naprawdę mocna płyta - koncertowa bomba, która rewelacyjnie musi brzmieć na żywo. Wprawdzie daleki jestem od padających tu i ówdzie stwierdzeń, jakoby La Coka Nostra nagrała płytę wszech czasów, aczkolwiek bez wątpienia jest to jeden z ciekawszych i ważniejszych albumów w tym roku. Jeśli jeszcze nie znacie, to najwyższy czas, aby zmienić ten stan rzeczy. Zachęcam do tego i gorąco polecam.

Ocena: 9/10

Fabyła - Dzieło Sztuki

Na tegorocznym Hip-Hop Kempie, u boku chociażby Warszafskiego Deszczu i Te Trisa, wystąpi inny polski reprezentant, białostocka Fabuła. Moim zdaniem, będzie to najsłabszy rodzimy wykonawca, który pojawi się na scenie w czeskim Hradec Králové. Choć z drugiej strony, zapoznałem się niedawno z debiutanckim, legalnym materiałem składu z Podlasia i - szczerze mówiąc - pozytywnie się zaskoczyłem. Wprawdzie rap Fabuły raczej do mnie nie trafia, lecz równocześnie nie jest przeogromną chałą, a muszę przyznać, że właśnie spodziewałem się czegoś na żałośnie niskim poziomie.

"Dzieło Sztuki" to efekt wspólnej pracy Poszwixxxa, Bezzczela oraz Ede. Wszyscy trzej dysponują naprawdę niezłym flow i techniką. Co zatem idzie, słucha się ich z przyjemnością, choć zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim takim styl może się do końca podobać. W tekstach Fabuły dominuje bragga, co - w związku z wysokimi umiejętnościami - daje całkiem strawny efekt. Miejscami na "Dziele Sztuki" występują tematy, które śmiało można przypisać pod uliczny hip-hop. Jednocześnie gdzieniegdzie przewijają nam się klimaty czysto rozkminkowe, natomiast tu i tam ciągnię się "politykowanie", niestety ze sporym zabarwieniem populistycznym. Obok ambitnej "Odwilży" na trackliście znajdziemy imprezowe "Wóda Tank Klan", które - nawiasem mówiąc - zupełnie nie przypadło mi do gustu. No, a żeby tak zakończyć przekrój tematów "Dzieła Sztuki", to przypomnę tylko o singlowym "Życzeniu Śmierci", skierowanym w stronę haterów.

Debiut Fabuły pod względem bitów jest - w moim odczuciu - nieco zbyt monotonny. Trochę taka produkcja na "jedno kopyto". Znacząco wybija się tylko "Proforma", gdzie słyszymy doprawdy fantastyczne wejście fortepianu. Dla niektórych może być ono wprawdzie kiczowate, lecz mi bardzo się podoba. Warto też zwrócić uwagę na arcymocną i długą listę gości. Raperów z Fabuły wspomagają nie tylko reprezentanci lokalnej sceny hip-hopowej z Pihem i Famą Familią na czele, ale również takie ksywki jak Mes, Te Tris i Ero. Wygląda na to, że same featy zachęcają do zapoznania się z albumem.

"Dzieło Sztuki" składu z Białegostoku nie jest... żadnym dziełem sztuki. Fabuła nagrała tylko i wyłącznie niezłą płytę, co i tak jest jednak - w moim mniemaniu - sporym sukcesem. Spodziewałem się żałości w co drugim wersie, a tu proszę, przeliczyłem się. Nie jest to krążek dla mnie, wolę bardziej ambitny rap. Takie albumy też są jednak potrzebne i na pewno debiut Fabuły znajdzie swoich odbiorców i fanów. Jeśli kumacie i lubicie takie klimaty, to "Dzieło Sztuki" powinniście sprawdzić.

Ocena: 6/10

wtorek, 28 lipca 2009

Ortega Cartel - Nic się nie dzieje

W moim prywatnym rankingu płyt wydanych w 2007 roku "Nic się nie dzieje" Ortegi Cartel zajęło 4. miejsce, najwyższe spośród wszystkich podziemnych wydawnictw. Nie wiem, jak takie zestawienie prezentowało by się dzisiaj, w końcu poznałem mnóstwo dobrych albumów sprzed 2 lat, lecz jestem pewien, że patr00 i PiterPits znów uplasowaliby się w czołówce. Wczoraj swoją premierę miała re-edycja krążka, który początkowo został wydany w małym nakładzie, a przecież na fali popularności "Lavoramy" liczba chętnych na "Nic się nie dzieje" mocno skoczyła do góry.

Trzeci longplay Ortegi Cartel i – zarazem – czwarty upubliczniony materiał duetu z Kanady zawiera aż 35 kawałków. Warto jednak zaznaczyć, że większość z nich to raczej krótkie twory, ich runtime rzadko kiedy dobija do "eurowizyjnych" trzech minut. Mnóstwo (moim zdaniem nieco za dużo) jest skitów, również tych instrumentalnych.

U Ortegi zawsze liczył się przede wszystkim luźny klimat i pod tym względem "Nic się nie dzieje" nie zawodzi. To, że patr00 i PiterPits doskonale kumają swoją filozofię, nikogo nie dziwi. Świetnie zrozumieli ją jednak również goście. Wprawdzie nie słyszymy tu gwiazd pokroju Tede i Ostrego jak na "Lavoramie", lecz wciąż znajdziemy dobrych raperów, którzy w dodatku czują dokładnie ten sam klimat i tę samą zajawkę co chłopaki z Montrealu. Pierrot, Finker, Reno i Kanadyjczyk Jesse Maxwell – wszystkich ich powinniście doskonale kojarzyć. Nieco bardziej rozkminkowo i pesymistycznie popłynął Mielzky, ale akurat w jego przypadku nie powinno to dziwić. Co więcej, Mielon przy tym wypadł chyba najlepiej na płycie. No, może obok Pierrota, którego celne linijki w "Czystej.33" po prostu rozkładają mnie na łopatki, choć nie są to raczej wysoce ambitne teksty.

"Nic się nie dzieje" to również patr00 w znakomitej, producenckiej formie. Co jak co, ale to, że mieszkaniec Montrealu trzaska świetnie bity, było wiadomo jeszcze przed wydaniem "Season One" The Jonesz, nie mówiąc już o "Lavoramie". Urodzony w Sztumie producent przygotował nam mieszankę różnorodnych, gęsto samplowanych bitów – na trzeciej płycie długogrającej Ortegi znajdziemy zarówno te spokojniejsze rytmy, jak i nieco żywsze brzmienia. Słuchacz utrzymany jest jednak w przekonaniu, że całość jest spójna i trzyma się jednego klimatu. Mówiąc inaczej, otrzymaliśmy od patr00 znakomity prezent – urozmaicony materiał bez wrażenia – nazwijmy to – "składankowatości".

Sama re-edycja "Nic się nie dzieje" to oczywiście nie tylko dotłoczenie kolejnych egzemplarzy albumu – nowy nakład pociągnął za sobą zmiany w samym wydaniu. Teraz krążek prezentuje się doprawdy doskonale! Przypomnijmy, że początkowo płyta była wydana w dość niecodzienny sposób, bo na wysokiej jakości, polakierowanym papierze, do którego doczepiono cedek. Nowa wersja to już porządny, gruby digipack w stylu tym od "Lavoramy" z klimatyczną wkładką-książeczką. Myślę, że gdybym teraz robił zestawienie najlepiej wydanych polskich płyt w mojej kolekcji, to miejsce na pudle przypadłoby właśnie dla "Nic się nie dzieje" – pierwszorzędna robota!

Ortega Cartel jest dla mnie synonimem luźnego, zajawkowego rapu na wysokim poziomie. Nie mówię tu oczywiście o dwóch pierwszych materiałach wypuszczonych przez patr00 i PiterPitsa, ale od czasu "Podziemnego Disco" duet z Kanady trzyma się naprawdę nieźle i progresuje z roku na rok, czego sukces "Lavoramy" jest najlepszym dowodem. "Nic się nie dzieje" jest niby trochę gorsze, lecz stawiam mu dokładnie taką samą ocenę. Choćby dlatego, że 2 lata temu możliwości mieszkańcy Montrealu mieli po prostu mniejsze. Gorąco polecam – łapcie za re-edycje, póki jeszcze można. A jak już nie chcecie płacić, to ściągajcie z neta – w końcu można to zrobić za darmo i legalnie.

Ocena: 9/10

niedziela, 26 lipca 2009

Mroku - Mroczne Nagrania

"Mówi Mroku, lubię chodzić ubrany na czarno jak w żałobie / Jakbym kochał dwie kobiety, naraz stracił obie / Chwytam chwilę jak ostatnie pożegnanie przy grobie / Tadeusz Mroczek umarł w Koszalinie, urodził we Lwowie / Był aktorem, ojcem mego ojca, ja wiem, że to Tobie nic nie mówi / Ale ja pamiętam jak liście brązowe opadły / Spuściłem głowę, sypiąc ziemię na urnę / On miał scenę, ja mam scenę i to mamy wspólne".

Pokuszę się o stwierdzenie, że Mroku to obecnie jeden z ciekawszych podziemnych raperów. Ma naprawdę sporo do powiedzenia i nie jest przy tym ubogi w skille, co przecież często się zdarza. "Mrocznymi Nagraniami" tylko to udowadnia. Album, na który czekała na dobrą sprawę tylko garstka osób, z miejsca stał się - co najmniej moim zdaniem - jednym z lepszych undergroundowych materiałów w tym roku. Może jednak nie będziemy uprzedzać faktów i rozpracujemy wszystko po kolei.

Znakiem rozpoznawczym Mroka jest bez wątpienia jego zachrypnięty, pewnie lekko przepity głos. Operuje przy tym naprawdę dobrym, choć na pewno nie przesadnie oryginalnym, flow. Nawijki koszalińskiego rapera słucha się z przyjemnością, choć przecież nie jest jakimś wybitnym technikiem. Nie prowadziłem statystyki rymów wielokrotnych - jestem pewien, że jakieś tam gdzieś na płycie rzucał, ale - szczerze mówiąc - nie one są tu najważniejsze. Bardzo mnie to zresztą cieszy, raperzy powinni stawiać przede wszystkim na treść, a techniczne popisy odwalać przy okazji, nie czyniąc ich clue programu.

Koszialińskiego MC spokojnie można nazwać dobrym tekściarzem i wyśmienitem obserwatorem rzeczywistości, zarówno tej bliskiej, jak i tej dalekiej. Przy okazji, nie jest raczej tym od pozytywnego hip-hopu. Uderza raczej ambitnie, celując w bardziej pesymistyczne historie i sprawy wagi ciężkiej. Na "Mrocznych Nagraniach" słyszymy m.in. o śmiertelnie chorych dzieciach ("Siódmy dzień") i katastrofach naturalnych pokroju huraganu Katrina i wybuchu wulkanu Krakatau ("Spuść głowę"). Moją uwagę przykuł też utwór "Różna są modlitwy", który - co chyba oczywiste - porusza tematykę religijną. Mroku zdaje się mieć w tych sprawach głowę na karku i naprawdę nawija z sensem. Dużo do myślenia daje też kawałek "Między słowami", będący nie do końca spełnioną, miłosną historią dwójki osób, których głównym problem było to, że oboje bali się odezwać. "Nie piszę listów" to natomiast doskonałe przedstawienie właśnej osoby. Prawdziwym mistrzostwem świata jest jednak dla mnie swego rodzaju intro "Mrocznych Nagrań", czyli "Może to morze?" - znakomita gra skojarzeń opatrzona wersami, wpadającymi w pamięć na długo ("Może jak Eldo mówi o diable, miał na myśli ziewającego w oknie Dziwisza").

Wyprodukowaniem albumu w większości zajął się Mahyn - beatmaker powiązany z Bla-Bla. Jego podkłady są znakomitym tłem dla rymów Mroka - stoją na wysokim poziomie, ale nie wybijają się zanadto, aby nie przyćmić głównego bohatera "Mrocznych Nagrań". Parę swoich bitów dołożył też Bober, co już powinno być gwarancją jakości. Oprócz tego, coś tam od siebie dodał sam Mroku oraz Asia Alpop, która poza tym na płycie udziela się jeszcze wokalnie. Co do gości, którzy również powiązani są z koszalińskim Bla-Bla, wypadają oni różnie. Na plus zaprezentował się Em, całkiem zjadliwe Wonz, reszta raczej bardzo przeciętnie, mocno ustępując klasy gospodarzowi.

"Mroczne Nagrania" bardzo mi się spodobały. Szkoda, że wydano je w tak koszmarny sposób. Rozumiem, że to wciąż undergound i że powinniśmy się cieszyć z tego, iż w ogóle możemy obcować z wersją fizyczną. Za te 15 zł można było jednak zrobić coś przyjemniejszego dla oka, niż biała, rozkładana, kartonowa kopertka z obrzydliwie wydrukowanym, niechlujnie naklejoną okładką. Dobrze, że chociaż cover samego cedeka wyszedł z tego starcia obronną ręką... Niemniej, jeśli lubicie ambitny rap, to "Mrocznymi Nagraniami" powinniście się czym prędzej zainteresować.

Ocena: 8/10

VNM - Niuskul

VNM to najbardziej kontrowersyjny podziemny raper w Polsce. Dlaczego? Powodów mamy naprawdę sporo. Beef z Jimsonem, przekładanie formy nad treść, nie trafianie w bit itd., itd. Jedno jest pewne - nowe utwory i projekty pochodzącego z Elbląga MC budzą wiele emocji. Z tego co pamiętam, niezwykle słabe "NSPC" miało być ostatnią płytą VNM-a. Wydany tydzień temu "Niuskul" pokazał jednak, że raper z 834 ma problemy ze słownośćią.

Nie mam zielonego pojęcia, jaki jest sens wydawania mixtape'u, z którego spora część kawałków jest dobrze znana już przed premierą. Owszem, można powiedzieć, że to pewien sposób na promocję, ale przecież były to zarazem najlepsze numery z "Niuskulu" (choć i tak w większości słabe i niewarte uwagi). VNM się więc jakoś specjalnie nie napracował, a zwłaszcza, że niektóre utwory mają już ponad rok. Jeśli tak bardzo ceni swoich fanów, to myślę, że mógłby się bardziej postarać.

Co najśmieszniejsze, przy pierwszym przesłuchanie "Niuskul" mnie mile zaskoczył. Nie uświadczymy bowiem na niej największej bolączki VNM-a z czasów "Na Szlaku Po Czek", czyli nie trafiania w beat, którzy nieliczni psychofani elbląskiego rapera nazwą pewnie świadomym offbeatowaniem. Pozytywne wrażenie zniknęło już przy drugim podejściu, kiedy to zacząłem zauważać wszystkie inne bolączki faceta, który "przepędził króla podziemia z tronu do szafy". Drażni głównie silenie się na nie wiadomo jak zajebistego technika, przy czym VNM całkowicie zapomina o tym, co - moim zdaniem - w rapie jest najważniejsze, tj. o treści. Najlepszym na to przykładem jest singiel "Kambek jak Dżejzi", gdzie rzucane są często bezsensowne wielokrotne rymy, pokroju "Jakby rój pszczół usiadł na chuj w ulu". Rozumiem, że składanie w taki sposób może jarać, ale według mnie nie powinno to zarazem wykluczać jakiejkolwiek zawartości.

VNM jednak nie należy do tych MC's, którzy preferują bardziej ambitne teksty. Nawet jeśli wpadnie na jakiś - niekoniecznie oryginalny, ale po prostu fajny - pomysł, to od razu psuje go swoją płytkością i ograniczeniem. Idealnie pasuje tu numer "Mega" - członek 834 dostał tu naprawdę fajny bit, miał przy tym niezły koncept, ale po prostu aż żal słuchać tego, co dla niego "jest mega". Utwór ten doskonale pokazuje na jak niskim poziomie jest VNM i nie mówię tu w tym momencie o umiejętnościach stritcte raperskich. Swoją drogą, słowo "mega" bezpsrzecznie powinno zostać uznane za znak markowy i własność Zeusa. Nie no, żartuję.

Od strony producenckiej "Niuskul" stoi już na niezłym poziomie, parę beatów wręcz się wybija - skroili je m.in. Kazzushi, Henson, Denver i Robson. Dobrą robotę odwalili też chłopaki za gramofonami - najlepiej spisał się chyba DJ Ike, aczkolwiek to już tylko moje subiektywne odczucie. Niestety, to VNM jest głównym (anty)bohaterem tego mixtape'u. Reszta osób zaangażowanych w ten projekt spowodowała tylko, iż nie jest on kompletnym dnem. Choć - z drugiej strony - z gości, których głos możemy usłyszeć, tylko Sokół nie ma się czego wstydzić.

Ciężko mi zrozumieć, jak można lubić rap VNM-a. Dla mnie nie da się go słuchać. Parę razy udało mi się "Niuskul" przelecieć pod początku do końca. Później już nie dawałem rady, po prostu wymiękałem. Kiedyś, gdy jeszcze nie silił się na aż tak techniczny rap, czyli mam tu na myśli jeszcze okres 834, potrafiłem go słuchać i to nawet z przyjemnością. Wprawdzie treść rówież była niskich lotów, lecz - mimo wszystko - mam wrażenie, że teraz jest po prostu gorzej i gorzej. Jak to jest, że raper z famem na całą Polską mówi o progresie, zaliczając ogromny regres? Odradzam, choć i tak pewnie "Niuskul" sprawdzicie. W końcu to VNM, MC-kontrowersja.

Ocena: 3/10

sobota, 25 lipca 2009

Prinz Pi - Neopunk

Ich habe immer gedacht, dass deutsche Rap sich auf Sido beschränkt. Ich habe mich geirrt. Erste kenne ich Beginner lernen und jetzt Prinz Pi. Das Berliner wird am größten deutche Star Hip Hop Kemp 2009 sein. Im Juni habe ich "Neopunk" in Oldenburg gekauft - letztes Solo-Album ehemeliges Mitglied No Peanuts Label. Ich bemühe mich beweisen, dass ihr an Hip Hop Kemp 2009 für Prinz Pi teilnehmen sollt.

Zawsze myślałem, że niemiecki rap ogranicza się do Sido. Myliłem się. Najpierw poznałem Beginnera, a teraz Prinza Pi. Berlińczyk będzie największą, niemieckojęzyczną gwiazdą tegorocznego Hip Hop Kempu. W czerwcu kupiłem w Oldenburgu "Neopunk" - ostatni, solowy album byłego członka labelu No Peanuts. Oceniając wspomniany krążek, postaram się udowodnić, że warto pojechać na tegoroczny Hip Hop Kemp chociażby z uwagi na Prinza Pi.

Ich kann sagen, dass das Berliner ist am besten deutsche Rapper, den ich kennen lernen habe. Er hat alles - die Technik, die Stimme, das Flow und interassante Texte. Wenn es um skills geht, ist regelrechte Perle "Ein bizchen mehr" - der letzte Song. Ein mal andert Prinz Pi das Rappingtempo, außerdem werft er viele Double-Rhymes (er tut das auch in restliche, 16 tracks). Am größten Pluspunkt den Deutscher ist allerdings seine Texte. Namentlich betreffen sie der Politik, sozialer Benehmens, der ehemeliges Mitglied No Peanuts scharf kritisiert, und den Einfluss den Technikfortshritt aus Menchen und Musik. Dabei behält er groß Distanz und Ironie (wie er sagt: "Gott lieben die Ironie"). Prinz Pi prasentiert rebellische Einstellung - "Anti-Alles", was passen ideal zu die Albumuberschrift. Am interessanten tracks sind ohne Zweifel: "Kann es sein", "2030", "Schläferstündchen" und urkomisch "Nerdhymne".

Z ręku na serca mogę powiedzieć, że berlińczyk jest najlepszym niemieckim raperem, którego do tej pory poznałem. Ma dosłownie wszystko - technikę, głos, flow i ciekawe teksty. Jeśli chodzi o umiejętności, to prawdziwą perełką jest "Ein bizchen mehr", czyli ostatni utwór na płycie. Prinz Pi zmienia tu w pewnym momencie tempo nawijania, poza tym rzuca liczne podwójne (co zresztą czyni również w pozostałych, 16 utworach). Największym atutem Niemca są jednak jego teksty. W głównej mierze dotyczą one polityki, społecznych zachowań, które były członek No Peantus ostro krytykuje, oraz wpływie postępu technicznego na ludzi i muzykę. Zachowuje przy tym sporą dozę dystansu i ironii (jak sam mówi: "Bóg kocha ironię"). Prinz Pi prezentuje dość buntownicze nastawienie - "przeciw wszystkiemu", co jednak idealnie pasuje do tytułu albumu. Najciekawszymi utworami pod względem lirycznym są bez wątpienia: "Kann es sein", "2030", "Schläferstündchen" oraz prześmiewcze "Nerdhymne".

Beats fallen auch ausgezeichnet aus. Alle 17 tracks fertigt Biztram. Sie sind ziemlich allerlei, aber zugleich es behaltet das Koharenzgefühl. Biztram benutzt elektronische Klänge gern - es hört buchstablich durch ganz Album. Er mag Rap mit anderen Art mischen - rock taucht in "Schlag die Faust" und "Mein Blut" auf, der Einfluss bemerken wir in den Hit "Gib dem Affen Zucker", demgegenüber arabische Ryhtmen sind die Domäne "Schläferstündchen". Cool Patent gebraucht Biztram in "Bevor ich auflschage", wo hören wir dezenten Herzschlag.

Świetnie wypadają również bity. Wszystkie 17 utworów wyprodukował Biztram. Są one w miarę różnorodne, choć równocześnie utrzymane zostało wrażenie spójności. Biztram chętnie korzysta z elektronicznych dźwięków, co słychać dosłownie przez cały Album. Lubi też mieszać rap z innymi gatunkami - rock pojawia się w "Schlag die Faust" i "Mein Blut", wpływ techno od razu zauważamy w przeboju "Gid dem Affen Zucker", zaś arabeskie rytmy są domeną "Schläferstündchen". Świetny patent użyto też w minimalistycznym "Bevor ich aufschlage", który oparto o delikatny puls serca.

"Neopunk" is sehr gut CD. Sensationalle Texte, super Skills und hervorragend Beats - wunderbar! Prinz Pi scheint angemesse Selektion für jemande, den hört nicht noch deutsche Rap. Wenn bist du diese Person oder suchst du nur gut Musik, kaufst du "Neopunk". Ich empfehle.

"Neopunk" to naprawdę bardzo dobra płyta. Rewelacyjne teksty, wysokie umiejętności i znakomite bity - zajebiście! Prinz Pi wydaje się odpowiednim wyborem dla kogoś, kto nie miał jeszcze okazji słuchać niemieckiego rapu. Jeśli jesteś taką osobą albo poszukujesz po prostu dobrego muzyki, sprawdź "Neopunk". Gorąco polecam.

Note: 3,5/10
Ocena: 8+/10

PS Pewnie część tekstu po niemiecku zawiera mnóstwo błędów - wskazujcie je śmiało, ale nie pastwcie się nade mną. Niektóre zdania nie są dosłownie przetłumaczone, mają jednak taki sam lub podobny sens. Co więcej, nigdy nie pisałem recenzji po niemiecku, więc może się - miejscami - mocno wygłupiłem. Nie miałem na celu napisania recenzji, którą spokojnie będzie mógł przeczytać Niemiec. Taki koncept. Możecie mnie za to karcić.

wtorek, 21 lipca 2009

Trzyha / Warszafski Deszcz - Nastukafszy

Na tegorocznym Hip Hop Kempie Polskę będzie reprezentować Warszafski Deszcz, który ostatnio powrócił po 10 latach nieobecności. Mamy więc dwie, znakomite okazje, aby większości słuchaczom przypomnieć, a tylko nielicznym przedstawić debiutancki, legalny album WFD. "Nastukafszy" to jeden z ważniejszych klasyków w historii polskiego hip-hopu, który w dodatku nie zestarzał się w takim stopniu, co chociażby "Skandal" Molesty.

Nie zmienia to jednak faktu, że upływ czasu od wydania samego krążka jak najbardziej słychać. Wyczuć to można chociażby po bitach. Wprawdzie wciąż znajdzie się na "Nastukafszy" kilka klasycznych nut, lecz - nie oszukujmy się - dziś są to raczej produkcje marne jakościowo, które naprawdę rzadko kiedy bronią się same.

Jeszcze bardziej zestarzały się popisy Tede i Numer Raza. Dziś obaj może nie są zawodnikami z najwyższej krajowej półki, jeśli chodzi o technikę, acz w '99 było nieporównywalnie gorzej, to chyba jasne. Słabsze mieli też flow - TDF jeszcze jakoś dawał radę, ale Numer... Raper, który obecnie jest dla mnie uosobieniem znakomitego stylu, łączącym się z wyrazistym, miłym dla ucha głosem, 10 lat temu wypadał gorzej od 75% podziemnych wykonawców w tej chwili, co może być odpowiednią zachętą dla wszystkich kotów z undergroundu - trzeba pracować, trzeba się starać, progres sam nie przyjdzie. Wiadomym jest, że pod tymi względami "Nastukafszy" po prostu musiało się zestarzeć, choć jednocześnie odnoszę wrażenie, że Tede i Numer Raz nawijają lepiej niż wspomniana wcześniej Molesta na "Skandalu". Ot, taka czysto subiektywna opinia.

Liryczna strona legalnego debiutu WFD jest dla mnie dość trudna do ocenienia. Dla wielu z Was pewnie co drugi wers na "Nastukafszy" to klasyczna linijka - przy tym żeście się wychowali, tego słuchaliście na okrągło. Sam nie wiążę z tym albumem żadnych wartości sentymentalnych, więc - co za tym idzie - podchodzę do rzucanych na nim treści z dużym dystansem. Trzyha serwuje nam uliczny rap i to żadna tajemnica. Mamy tu zarówno kawałki czysto rozkminkowe, jak i typowe numery do wyluzowania. Czasem jeszcze jakieś historie lub coś bardziej "ogólnego". Nie ukrywam, że mi bardziej do gustu przypadały utwory, w których Tede i Numer mieli coś konkretnego do przekazania (moi faworyci to "Konexje" i "Czas nas zmienił chłopaki"), choć z drugie strony tracki pokroju "Soboty", "To ma głową kiwać" oraz "Jedziemy gdzieś" świetnie wywiązują się ze swojej roli - mają słuchacza wyluzować i właśnie to robią. Jasne, obecnie mamy masę tego typu, czasem nawet lepszych numerów, ale czemu mamy nie wracać do staroci?

Myślę, że nie ma co oceniać "Nastukafszy", biorąc pod uwagę współczesne możliwości. To bez sensu. Inna sprawa, że nie ma też co - moim zdaniem - legalnego debiutu Trzyha wysławiać pod niebiosa - jak na 1999 rok jest to po prostu bardzo dobra płyta, która jednak - trochę też z braku większej konkurencji - zyskała miano kultowej i nie będziemy jej tego zabierać. Dla mnie album zasługuje na osiem w skali dziesięciopunktowej, jeśli jednak wiążecie z krążkiem jakieś sentymentalne historie, to śmiało możecie dodać jedno lub dwa oczka. Nie znasz, a słuchasz polskiego hip-hopu? Lepiej nadrabiaj zaległości, bo jeśli jakiś album uznawany jest bezsprzecznie za klasyk w swoim gatunku, to po prostu trzeba go sprawdzić. Nie powtarzajcie mojego błędu, nie czekajcie miesiącami, tylko po prostu zapoznajcie się z "Nastukafszy".

Ocena: 8/10

Sofa - DoReMiFaSoFa

Łodzianin O.S.T.R. koncertuje sobie czasem z zespołem Sofa, co by jego występy były jeszcze bardziej efektowne i jeszcze bardziej "na żywo". Trudno mi powiedzieć, jak to wszystko wychodzi w praniu, bo Ostrowskiego inaczej niż z kompaktu lub empetrójki nigdy w życiu jeszcze nie słyszałem, lecz jeśli współpraca ta wciąż jest kontynuowana, to - na chłopski rozum - układa się ona co najmniej należycie. Ale przecież Sofa nie jest tylko live bandem rapera z Asfalt Records. W 2006 roku, nakładem niezależnej wytwórni Kayax, formacja wypuściła na rynek swój debiutancki materiał "Many Stylez", którego - nawiasem mówiąc - nie słyszałem. Jakiś czas temu ukazał się drugi album toruńskiej grupy, zatytułowany "DoReMiFaSoFa".

Zabrałem się za niego - muszę przyznać - ze sporym zaciekawieniem. To zainteresowanie, trwało mniej więcej do końca drugiego numeru, gdzie z naprawdę dobrej strony pokazał się wielokrotnie już wymieniany Adam Ostrowski. Jasne, nie jest to jego najlepszy występ w karierze. Ba, jego zwrotki trzeba raczej traktować jako jeden z wielu featuringów artysty, których przecież od wydania "Masz to jak w banku" nie brakowało. Wróćmy jednak do tego, że - jak wspominałem - od trzeciego utworu na płycie napięcie po prostu siada. Dlaczego?

Zacznijmy może od tego, że Sofa miesza na swoim krążku kilka odcieni czarnych brzmień. Przede wszystkim mam tu na myśli r'n'b i soul, przechodzące czasem w pop, oraz rap. Wydawać by się mogło, że to wszystko razem, w jednym miejscu, powinno tworzyć mieszankę iście wybuchową. Prawdą jest jednak niestety to, że "DoReMiFaSoFa" to nijaki, nudny i nieco niestrawny kisiel, którego niewielkim urozmaiceniem, swego rodzajem "kawałkami owoców", okazują się pojedyncze wejście beatboxera Zgasa. Kasia Kurzawska ma może ładny głos, ale to przecież nie wszystko. A jeśli już przy wokalu jesteśmy, to Tomasz Organek prezentuje formę o jakieś 2 levele niższą. Natomiast kompletną porażką jest STUB, czyli facet odpowiedzialny na płycie za wszystkie rymy lub - jak kto woli - rap. No tragedia po prostu!

Pod względem muzycznym jest już lepiej, a wręcz - znacznie lepiej. Dużo na "DoReMiFaSoFa" słychać elektronicznych wynalazków, dźwięków jak najbardziej syntetycznych, ale - o dziwo! - w ogóle mi to nie przeszkadza. Ba, nawet całkiem przeciwnie, zaciekawia mnie i sprawia, że mimo wokalnej nudy, drugi studyjny materiał Sofy mogę mimo wszystko słuchać. Nie zmienia to jednak faktu, że koniec końców czy - jak kto woli - summa summarum jest to raczej słabe wydawnictwo, a już na pewno nie takie, które przypadłoby mi do gustu. Może jestem ograniczonym ignorantem. Jasnym jest to, że materiał ten niesie ze sobą trochę nowatorstwa, a zwłaszcza, iż przecież wciąż mówimy o polskiej scenie, która niekoniecznie przywykła do tego typu brzmień i pewnie dlatego, tyle osób się Sofą fascynuje. Dla mnie jest jednak słabo i - w przeważającej ilości - nieciekawie.

Ocena: 4/10

niedziela, 19 lipca 2009

Solar/Białas - Na Czczo MIXTAPE

"Co może głodny człowiek wymyślić jak nic nie jadł cały kurwa jebany dzień? Jest na czczo, od samego ranka zapierdala bez szamki - to jednak kurwa za wiele mądrego to on nie wymyśli". Jakby "na złość" Fatumowi, Solar z Białasem nagrali pod koniec czerwca całkiem fajny "Na Czczo MIXTAPE", będący swego rodzaju ich wypadkową dotychczasowej pracy oraz zapowiedzią wspólnego, pełnoprawnego albumu, który swoją premierę ma mieć już jesienią. Czy jest więc na co czekać? Sam Solar w "Intrze" wspomina, że owszem i chyba muszę mu przyznać rację.

Dla wielu jest to mieszanka iście wybuchowa, dla mnie są to słowa przesadzone, bo wbrew pozorom obaj autorzy "Na Czczo" nie mają aż tak odmiennych styli, jak to niektórzy prawią. Białas posiada naprawdę ciekawe i oryginalne flow - rymy składa z pełną gracją i elegancją, przychodzi mu to po prostu naturalnie. Pod względem lirycznym wypada całkiem dobrze - jego wersy stoją na wysokim poziomie, rzuca mocnymi punchline'ami. Ma w tym względzie zresztą spore doświadczenie, w końcu bez nich nie zdziałałby aż tyle na scenie freestyle'owej, a przecież w tej chwili zalicza się go do jednego z bardziej konkretnych zawodników - że tak powiem - wolnostylowych.

A Solar? Jego obecność jest dla mnie istnym błogosławieństwem! Białasowi mogę bowiem zarzucić tylko jedno - głos to on ma męczący, co najmniej mnie jego wokal bardzo nuży. Przesłuchanie dwóch jego solowych produkcji (mówię tu o kilkutrackowych materiałach) to dla mnie już spore wyzwanie. No ale na "Na Czczo" jest przecież urozmaicenie, tj. wspomniany Solar. Wprawdzie jest on jednym z wielu MC w Polsce ("paru" podobnych do niego raperów w tym kraju się znajdzie), lecz mocno go krzywdzę, mówiąc, że tylko urozmaica Białasa. Solar to pełnoprawny członek duetu. Dysponuje on niezłymi umiejętnościami, na całkiem wysokim, krajowym poziomie. Linijki składa całkiem zawodowo, dodając do nich fajne flow, dobrą dykcję i głos, który mogę zaakceptować. Rzuca też punchline'ami. Na ogół są one niezłe, choć trzeba jasno powiedzieć, że pod tym względem Solar Białasa jeszcze nie dogonił. Progres jednak wyraźnie słychać (nie porównuję tu do "Na Fali", bo ten mixtape nagrany był jeszcze przed "Na Czczo").

Co ciekawe, sam album wciąć można - wbrew pozorom - odebrać jako mieszaninę dwóch stylów. Znajdziemy na nim bowiem sporo niekonwencjonalnych numerów, które zazwyczaj mają wzbudzić u słuchacza uśmiech na twarzy. Czasem się to udaje, jak w przypadku obu części "Dnia Chuja", innym razem już niezupełnie. Takie numery jak "W Moim Studio" i "Nasramy ci w gitarę" prędzej mnie już odrzucają. Mocnym punktem "Na Czczo" są jednak utwory nie robione dla "beki", w których Solar z Białasem mają coś do powiedzenia. Znakomicie słucha mi się takich kawałków pokroju "Czemu co chwilę jesteś kimś innym?", "Serce na dłoni" oraz "Ludzie są niewidomi". Z drugiej strony, trochę żenuje mnie numer "Jeśli myślisz tak jak ja", gdzie Białas próbuje odeprzeć różne bzdurne zarzuty (po co w ogóle wdawać się w dyskusje z debilami?). "Co do tego, że na bitwy biorę całą armię / Gówno prawda, jeździ nas pięciu maksymalnie" - no, po prostu głupie i tyle.

Fajnym pomysłem warszawiaków były "Antypropsy". Szczególnie świetnie w swoim popłynął Wiciu, który mnie bardzo rozbawił - nawiasem mówiąc, chłop ma talent do klejenia linijek, sprawdźcie jego "8 minut rapu". No i najważniejsze, autorzy "Antypropsów" absolutnie nie mają racji. "Na Czczo MIXTAPE" da się słuchać - sam to robiłem bez żadnego przymusu. Płyta ma swoje słabsze i mocniejsze momenty, lecz - uogólniając - jest to naprawdę dobry materiał. Białas i Solar jak najbardziej postarali się - czekam na ich pełnoprawny album. Może bez wypieków na twarzy, ale zawsze. Póki co polecam, choć muszę zaznaczyć, że nie wszystkim słuchaczom polskiego rapu krążek się spodoba. Ot, taka specyfika rzeczy, które robi się na czczo.


Ocena: 7/10

piątek, 17 lipca 2009

Słoń - Chore Melodie

Słowem wstępu:
> "Na świecie nie ma ludzi normalnych i nienormalnych, tylko są ci pozamykani w zakładach i ci, którzy nie zostali przebadani"

Trochę bragga:
> "Gdyby słabi MC's byli rasą, ja bym był rasistą"
> "Mój styl jak Husquarna rozpierdala Cię na pół"
> "U słabych raperów wywołuję samobójcze myśli"
> "Kiedy ja pluję w mikrofon, wszyscy słabi MC tracą głos"
> "Twoja stara, słysząc o nas, nerwowo łapie za prozak"
> "Mam więcej punche'y niż Rodowicz celulitowych fałd"
> "Przy tym gównie się rozerwiesz, tak jakbyś siedział na minie"
> "Flow bardziej wybuchowe niż irański samobójca"
> "Punche tak grube jak sam pierdolony Rudi Schuberth"

Trochę horrorcore'u (no, powiedzmy):
> "Masz tu pro-rodzinny klimat - dzieci znalezione w beczkach"
> "Zawsze traktowałem sadyzm jako dyscyplinę sportu"
> "Ciała nabijam na haki jak zawodowy rzeźnik"
> "Wrzucę Ci do wanny bumbox, z moim CD w środku / Sram na Ciebie, na Twoje dzieci i na Twoich przodków"
> "Ja kolekcjonuję skalpy, tak jakbym był komanczem / Zakończę Twój marny żywot rytualnym tańcem"
> "Drogie dzieci, w dzisiejszym odcinku dowiecie się jak zamarynować embriona"
> "Jestem artystą - śmierć to dla mnie piękno absolutne"
> "Wijesz się jak gąsienica, w powolnym procesie gnicia / Witam w Twoim nowym domu, oto podziemna kostnica"
> "Pozostanie po Tobie tylko trup, i sok i fetor / Resztki złamanych paznokci wbitych w trumienne wieko"
> "Zielona barwa zwłok jest dla niego jak szmaragd"
> "Przynoszę to, czego każdy rodzic boi się najbardziej / Okaleczony trup ich dziecka pływający w Warcie / Skończyłeś jako żarcie dla ryb i wodny płazów / Twoi poprzednicy brali kąpiel w beczce pełnej kwasu"
> "Tworzę pacyfistyczny symbol z amputowanych kończyn"

Chociaż z drugiej strony:
> "Nigdy w życiu nie chciałem być polskim Necro"

Trochę "żałosnego buractwa":
> "Chujem zapcham Ci usta, później podkręcę basy"
> "Po piąte, każdy jebany 'one hit wonder' / Może strącać nosem krople potu z moich jąder"
> "Masz fajną różową bluzkę, pasuję Ci do swetra / A obciągnięte chuje pewnie podliczasz w metrach"
> "Nie bądź uparta, wiem, że lubisz targać / Opierdoliłaś więcej pni niż jebany tartak"
> "Na myśl o chuju ślinisz się jak pierdolona hiena"
> "Widzę, że higiena to temat, z którym jesteś na bakier / Jak drapiesz się po piździe schodzi Ci z paznokci lakier"
> "A wnętrze Twojej brudnej rury jest jak ścierny papier"
> "Masz srakę na zębach, gównem Ci się odbija / Najwyraźniej trenowałaś branie z odbytu do ryja"
> "Seks z Tobą to mogiła, ja wolałbym bardziej / Wylizać muszlę klozetową na dworcowym McDonaldzie"
> "Gdyby każdy fiut, którego żarłaś, był z czekolady / Miałabyś zapas cukru na kolejne 3 dekady"

No i właśnie na tym "żałosnym buractwie" Słoń najbardziej traci - takich linijek po prostu nie da się słuchać. Ten cały horrorcore i mnóstwo negatywnych emocji może się podobać, ma to swój klimat, lecz ogrom wersów dotyczących seksu, genitalii i tym podobnym przygodom po prostu niszczy "Chore Melodie". A szkoda, bo przecież można tu znaleźć dobre kawałki pokroju chociażby "Marszu Robotów" oraz "Ostatniej Chwili". Sam Słoń to całkiem niezły raper - z dobrym flow, mocnym głosem oraz ze sporymi umiejętnościami technicznymi (czasem tylko je obnaża, dając przed co piątym rzeczownikiem 2 przymiotniki na przemian - "jebany" i "pierdolony"). Bity są na ogół świetnie, doskonale pasują do chorego klimatu krążka. "Chore Melodie" mają swoje lepsze chwile, ale też mnóstwo gorszych, a ich kwintesencją jest kawałek "Ssij go" z gościnnym udziałem Gandziora i Peji. Wychodzi więc pięć na dziesięć. Na więcej Słoń póki co nie zasługuje.

Ocena: 5/10

środa, 15 lipca 2009

Pidżama Porno - Bułgarskie Centrum

Był kiedyś taki czas, że słuchałem Pidżamy Porno. Nie byłem jednak małoletnim fanem, który w dodatku uważał, że muzyka kapeli Grabaża to punk rock, a w dodatku najlepszy w Polsce. Co to, to nie. Zawsze lubiłem ostrzejsze granie, ale nader wszystko podobały mi się po prostu dobre teksty. Myślę, że dlatego stałem się fanem wszystkiego, czego dotknął się Kazik Staszewski. Krzysztof Grabowski wprawdzie aż tak utalentowanym tekściarzem jak wokalista Kultu nie jest, lecz mimo wszystko potrafi zainteresować słuchacza.

Szczerze powiedziawszy nie pamiętam, od którego albumu zacząłem poznawać Pidżamę Porno. Być może było to właśnie "Bułgarskie Centrum", ponieważ - kiedy wywodzący się z Poznania zespół zaczął mnie ciekawić - była to bodajże najnowsza płyta formacji. Krążek to przede wszystkim ostre, gitarowe granie - nie nazwałbym jednak tego punk rockiem, jak to niektórzy czynią, bo punk rock to dla mnie nieco więcej brudu, a i w tekstach Grabaża słychać stanowczo za mało buntu. Pidżama Porno na potrzeby niektórych utworów nieco zwalnia, serwując o wiele wolniejsze "Józefa K." bądź "Nikt tak pięknie nie mówił, że się boisz miłości".

Jeśli chodzi o liryczną stronę albumu, to niestety, ale pod tym względem najmocniejszy jest cover "Wódki" Kultu. Swoją drogą, poznańscy muzycy trochę tu dzieło Kazika zepsuli. Bardziej dynamicznej i knajpianej wersji jednej z moich ulubionych piosenek "głównego" zespołu pana Staszewskiego po prostu nie kupuję. Grabaż napisał jednak całkiem niezłe utwory. Sęk w tym, że najfajniej prezentuje się chyba kawałek, który sporządził jeszcze w latach 80.-tych, a mianowicie "Józef K.". Reszta tracków również trzyma poziom - teksty są często metaforyczny, na pewno nie jednoznaczne. Mam jednak wrażenie, że ze względu na to, iż na ogół są zrobione one na "przyjemne pioseneczki", to wielu słuchaczy po prostu nie do końca odbierze je tak, jak - co najmniej w moim mniemaniu - powinno się. Ciężko mi wskazać najciekawszy numer, wybierając jedynie z tych 8 premierowych. Największym sentymentem darzę na pewno utwór "Nikt tak pięknie nie mówił, że się boisz miłości". Ot, taki zwykły, prosty lovesong, w których Grabaż zawsze był dobry. Wiadomo, nie jest to nic powalającego, ale wartość sentymentalna naprawdę spora.

Z ocenianiem takich płyt zawsze mam pewien problem. Słuchając dziś "Bułgarskiego Centrum", po prostu łezka mi się w oku kręci. Przypominają mi się sytuacje sprzed lat, zaś z niektórymi piosenkami kojarzą mi się pewne osoby. Nie mogę więc powiedzieć, że ostatni studyjny album Pidżamy Porno to dobra płyta. To chyba (podkreślam: chyba) dobry krążek, do którego pewnie będę wracał jeszcze nieraz. Nie dlatego, aby posłuchać czegoś, co spowoduje, że przejdą mi ciary po plecach, a po to, aby po prostu sobie powspominać dawne czasy. Daję Grabażowi "siódemkę" w skali dziesięciopunktowej - może trochę tym samym go krzywdzę, a może traktuję nieco na wyrost. Wydaję mi się jednak, iż będzie to najbardziej adekwatna ocena.

Ocena: 7/10

wtorek, 14 lipca 2009

Pezet-Noon - Nie Jestem Dawno

Duet Pezet-Noon poznawałem dwa razy. Pierwsza faza przebiegła dość szybko - odsłuchałem raz "Muzykę Klasyczną" i z Pawłem Kaplińskim dałem sobie spokój. Później jednak przyszło olśnienie - nagle dałem jeszcze raz szansę temu, co reprezentant Ursynowa nagrał wraz z Noonem. Rozpocząłem jednak od "Muzyki Poważnej". Był to znakomity ruch, krążek łyknąłem od razu i to w sposób zaiste niezwykły. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek wcześniej lub później słuchał danej płyty z taką częstotliwością. "Muzyka Poważna" kręciła się w odtwarzaczu niemal bez przerwy przez parę miesięcy.

Nic więc dziwnego, że mam do tego albumu naprawdę spory sentyment. Na tyle duży, iż nie szkoda mi wydawać grubych pieniędzy na fizyczne wersji singli, które go promowały. Kiedyś w moje łapska wpadł "Szósty Zmysł", dziś przyszła pora na "Nie Jestem Dawno". Oczywiście, nie jest to singiel przeznaczony do zwykłej sprzedaży. Nie ma więc żadnej poligrafii, książeczek, okładek. I tak dobrze, że jest nadruk na samej płycie. Ba, nawet użyto tego samego kroju czcionki, co w przypadku samej "Muzyki Poważnej". Za to należą się brawa - świetny prezent dla kolekcjonerów, choć, na dobrą sprawę, singiel nigdy nie miał do nich trafić.

A co na samej płycie? "Nie Jestem Dawno" w dwóch wersjach - radiowej i albumowej. Różnią się one od siebie wyłącznie obecnością przekleństw w utworze lub ich brakiem. Szkoda, że nie dorzucono remiksu Ajrona, który znalazł się ostatecznie na "Muzyce Poważnej". Inna sprawa, że singiel wysłany został do stacji radiowych jeszcze przed wydaniem albumu, więc taki zabieg można zrozumieć. W porównaniu jednak do "Szóstego Zmysłu", gdzie pojawił się niepublikowany nigdzie indziej remix Webbera, "Nie Jestem Dawno" nie jest już takim rarytasem.

Odnośnie samego kawałka nie ma się chyba co rozpisywać. Pezet w wysokiej formie, z mocnym, osobistym tekstem, w którym jednak prawie każdy młody człowiek znajdzie coś, co będzie mógł ustosunkować do swojego życia. Wszystko podlane magicznym bitem od Noona - można tylko żałować, że Mikołaj Bugajak wycofał się z biznesu, znanego wszystkim jako polski hip-hop. Jego produkcje były nadzwyczajne, aż strach pomyśleć, jakie bity robiłby dziś, gdyby współpracował z jakimś raperem. Nie można też zapominać o DJ Pandzie, do którego należały gramofony - jego cuty tworzą swoisty refren "Nie Jestem Dawno".

Z oceną tego singla sprawa jest naprawdę dziwna. Na pewno nie uważam, ze trzeba go już, w tej chwili, natychmiast sprawdzić. W końcu to samo było na "Muzyce Poważnej". Z drugiej jednak strony, wydaję mi się, iż "Nie Jestem Dawno" po prostu musicie znać, bo jest to na pewno ważny utwór w dziejach polskiego rapu, zwłaszcza jeśli historię rodzimego hip-hopu ograniczymy do lat po roku 2000. Jeśli "Szóstemu Zmysłowi" wystawiłem dziewiątkę w skali dziesięciopunktowej, to uboższy, pierwszy singiel z "Muzyki Poważnej" zasługuje na oczko niżej. Gorąco polecam, choć - jeśli już znacie - to nie powinniście sobie "Nie Jestem Dawno" w dwóch - niemal takich samych - wersjach zaprzątać głowy.

Ocena: 8/10

czwartek, 9 lipca 2009

Odszkodowania, opony i holowanie. Ale że kosiarki?!

1. Jak wiadomo, warunki pogodowe w lecie i zimie różnią się diametralnie. Właśnie dlatego, warto zainwestować w dobre opony. Na lato opony letnie, na zimę opony zimowe.

2. Właściwie każdy kto jeździł autem, miał lub będzie kiedyś miał wypadek. Wtedy właśnie przydaje się ubezpieczenie. Ubezpieczyciel daje odszkodowania. Odszkodowania otrzymuje się również w momencie, gdy autko zostanie skradzione.

3. Kiedy byłem małym chłopcem, na działce używałem kosiarki. Dziś nie mam kosiarki i jest mi z tego powodu smutno.

4. Holowanie to jest jeden z najmniej przyjemnych skutków ubocznych jazdy autem. Holowanie to coś, czego zupełnie nie polecam.

5. Jeśli jesteś w Gdańsku, nie masz samochodu, a chcesz go mieć, to wypożyczalnia samochodów Gdańsk przyjdzie Ci z pomocą. Tak, wypożyczalnia samochodów Gdańsk pomocna jest.

6. Spływy kajakowe to dość ciekawa forma spędzania wolnego czasu. Ciekawa i zdrowa. No chyba, że przyjdzie jakaś burza, to spływy kajakowe robią się już mniej ciekawe.

7. Uprawiasz sport - przydają Ci się stroje sportowe. Proste. Inna sprawa, że niektórzy po prostu lubią nosić stroje sportowe, choć niekoniecznie tylko w momencie, gdy uprawiają sport. Ciekawe, prawda?

Reklama Na Blogach

wtorek, 7 lipca 2009

Maleo Reggae Rockers - Reggaemova

Tydzień poprzedzający gorzowski festiwal Reggae nad Wartą to - jak już wczoraj pisałem - idealny czas na przybliżenie kilku (kto wie ilu, może tylko dwóch), naprawdę dobrych krążków, reprezentujących wywodzący się z Jamajki gatunek muzyki. Wczoraj było o wybuchowej mieszance reggae i ska z Radomia, czyli grupie Alicetea i jej albumie "Muzyka Moja Broń". Natomiast dziś, jak w każdy wtorek, przyszła pora na album, który po prostu musicie znać. Taką płytą jest właśnie "Reggaemova" Maleo Reggae Rockers. Może to nie żaden klasyk jak wydawnictwa Izraela bądź Daabu, lecz moim zdaniem jest on pewnym wyznacznikiem tego, co działo się na polskiej scenie w ostatnich latach.

Album "Reggaemova" miał swoją premierę w 2006 roku i był to drugi studyjny krążek formacji. No, trochę tu może naciągam fakty, ale teraz nie pora na ilustrowanie historii zespołu. Musicie tylko wiedzieć, że Maleo Reggae Rockers to grupa skupiona wokół osoby Darka Malejonka, pseudonim Maleo - znakomitego wokalisty i gitarzysty. Jeśli zaglądacie na tego bloga tylko ze względu na wpisy związane z hip-hopem, to tak czy siak powinniście go kojarzyć. Pojawił się on bowiem u boku Dużego Pe w kawałku "Zion" z płyty "Sinus". Już tam w refrenie pokazał swoje niezwykle wysokie umiejętności wokalne, zatem możecie być wręcz pewni, że na swoim najnowszym albumie Darek Malejonek spisał się co najmniej równie dobrze (prawda jest taka, iż wypadł jeszcze lepiej). Warto jeszcze dodać, że większość składu Maleo Reggae Rockers oparto na muzykach z legendarnej kapeli Bakshish.

"Reggamova" to album przepełniony pozytywną wibracją oraz bujającymi, choc nie zawsze skocznymi, rytmami. Pod względem muzycznym spodobał mi się dosłownie każdy numer - wprawdzie wyróżnić mógłbym chociażby kawałek "Rise Up", zważywszy na występującą w nim gitarę akustyczną, acz zalet z pewnością doszukałbym się również w pozostałych utworach. Brzmienie wzbogacono tekstami z refrenami, które szybko wpadają w ucho i nie są przy tym przesadnie infantylne. Liryczna strona albumu jest o tyle ciekawa, że z jednej strony wydawać się może przyjemna, lekka i łatwa do przyswojenia, a z drugiej - wręcz przeciwnie, kipi z niej zaangażowaniem, zwróceniem uwagi na problemy współczesnego świata (i nie mam tu na myśli tych politycznych, ale przede wszystkim tych społecznych) oraz chęcią przekazania i promowania wartości jak najbardziej pozytywnych, z czego reggae przecież słynie.

Nie muszę chyba mówić, że taki materiał świetnie wypada na koncertach. Wiem to doskonale, w końcu przy Maleo Reggae Rockers na żywo bawiłem się co najmniej 2 razy - co najlepsze, za każdym razem równie dobrze. Duża w tym zasługa wpadających w ucho refrenów, o których wspominałem przed chwilą. Za pierwszym razem nie znałem bowiem ani jednej piosenki zespołu, lecz, mimo tego, śpiewałem wraz z całą publicznością. Nawiasem mówiąc, umiejętności wokalne samego Darka Malejonka podziwiałem 3 razy. W końcu pojawił się on na chwilę u boku Kazika podczas koncertu KNŻ - odśpiewał wtedy swoje i zszedł ze sceny.

Jeśli już zahaczyliśmy o takie gościnne występy, to nie można zapomnieć o wzbogacających "Reggamovę" featuringach. Spory wpływ na odbiór płyty miał King Lover (słyszymy go w aż 3 piosenkach) oraz duet znany z warszawskiego Vavamuffin, a mianowicie Reggaenerator oraz Pablopavo. Razem pojawili w kawałku tytułowym, zaś każdy z osobna zaliczył jeszcze po jednym utworze. Fanów rapu na pewno zainteresuje numer "Żyję w tym mieście", gdzie gościnnie wystąpili Vienio i Pele - spisali się nieźle, choć takie kolaboracje, gdzie MC's stoją na drugim planie, raczej zawsze pozostawiają po sobie spory niedosyt. Warto jeszcze dodać, że w tym samym kawałku słyszymy również syna Darka Malejonka, Maleo Juniora, który urzeka swoim sympatycznym, dziecinnym głosikiem.

Trudno mi zdecydować, czy "Reggaemova" to istna rewelacja, czy może po prostu "tylko" bardzo dobry album. To nie jest mój gatunek muzyki, nie siedzę w nim do końca na bieżąco, więc ocenę liczbową proszę traktować z małym przymrużeniem oka. Wiem, że jest to porządny materiał. Materiał, który w dodatku znakomicie się sprawdza się podczas występów na żywo. Takie utwory jak tytułowa "Reggaemova", "Chant 2006", "Hasanoga", "Ostrożnie", "Serce Człowieka" oraz "Kochać albo żyć" to koncertowe bomby - zawsze bawiłem się przy nich znakomicie. Polecam więc nie tylko sam album, ale również koncert, na który podczas tego lata będzie pewnie łatwo trafić - w końcu festiwali reggae w Polsce mamy teraz naprawdę sporo. Szkoda tylko, że Maleo Reggae Rockers zabraknie na tegorocznym Reggae nad Wartą...

Ocena: 9/10

poniedziałek, 6 lipca 2009

Alicetea - Muzyka Moja Broń

Tegoroczne Reggae nad Wartą za pasem. Myślę, że to idealny moment na przybliżenie kilku naprawdę fajnych, a nie - jak to bywało wcześniej - słabych, lecz popularnych, krążków utrzymanych w jamajskich klimatach. Zaczniemy od wizyty w mieście Radomiu, gdzie tworzy kapela Alicetea, w ciekawy sposób łącząca reggae ze ska. Obecnie, można przypuszczać, że zespół przeżywa mały kryzys - siedmiu facetów opuściła bowiem Alicja - wokalistka i jeden ze znaków rozpoznawczych grupy. Choć z tą "zapaścią" to nie są żadne potwierdzone informacje, a jedynie moje gdybania.

Właśnie dlatego lepiej je od razu porzucić i zająć się czymś, co nie budzi aż takich kontrowersji. Formacja, podczas swojej 7-letniej działalności, wypuściła jedynie (albo aż, zależy jak na to spojrzeć) jeden studyjny album, stojący za to naprawdę na wysokim poziomie. "Muzyka Moja Broń" to 12 przepełnionych pozytywną energią oraz ciekawymi pomysłami tracków. Na ogół dominują beztroskie, luźne i optymistyczne kawałki w stylu "Lena Sambora" - za takie klimaty wiele osób ceni sobie reggae i w sumie im się nie dziwie. W dodatku, Alicetea doskonale czuje się w takiej stylistyce, co zresztą słychać. Nie brakuje jednak bardziej zaangażowanych piosenek - tu można wymienić chociażby "Radio Bagdad".

Radomski zespół zyskał moje uznanie nie ze względu na warstwę liryczną, a przede wszystkim z uwagi na samą, kipiącą od różnych pomysłów muzykę. Wszystko trzyma się tu klimatów reggae i ska, o czym zresztą pisałem już we wstępie. Można pokusić się o stwierdzenie, że po trochu Alicetea inspiruje się funkiem. Podobać mogą się przede wszystkim rozbudowane, dynamiczne kompozycje. Radomscy artyści chętnie zmieniają tempo - dodają niektórym piosenkom energicznego kopa bądź - wręcz przeciwnie - zwalniają, wprowadzając słuchacza w błogi, spokojny stan. Ba, Alicetea potrafi nawet całkowicie zmienić melodie w jednym utworze, co też jest pewnego rodzaju ciekawostką. Przy ocenie samej muzyki nie można zapomnieć o fantastycznej sekcji dętej oraz o męskim i żeńskim wokalu - zarówno Adam, jak i Alicja posiadają naprawdę mocne głosy, którymi spokojnie mogliby zawojować polską scenę reggae również solowo.

"Muzyka Moja Broń" to album wprost przepełniony pozytywną wibracją. Znajdziemy tu też pełno skocznych melodii, czyli - mówiąc inaczej - na słoneczne dni jak znalazł. Chciałbym kiedyś wybrać się na koncert tej grupy, bo, słuchając tej płyty, jestem wręcz pewien, że znakomicie radzi sobie ona podczas występów przed publicznością. Póki co, niestety nie będzie mi to dane. Może kiedyś Alicetea zawita do Gorzowa w ramach Reggae nad Wartą? Oby. W tej chwili nie pozostaje mi nic innego, jak po raz kolejny posłuchać krążek "Muzyka Moja Broń". Jeśli nie znacie, to gorąco zachęcam do zapoznania tego materiału!

Ocena: 8/10

niedziela, 5 lipca 2009

Enson - Osiem kroków dalej

Dawno, dawno temu mocno pojechałem Ensona na łamach tego bloga. Dziś się tego wstydzę, bo raz, że używałem do tego słabych argumentów, a dwa, że dziś jest raperem, który zaliczył jeden z większych progresów w polskim undergroundzie w ostatnim czasie. Wysoki poziom pokazał już na "Literach Jutra" duetu LJ, teraz zaatakował Internet nowym materiałem, tym razem solowym. Już we wstępie mogę napisać, że "Osiem kroków dalej" to może niekoniecznie najlepsza, ale na pewno jedna z ważniejszych i ciekawszych podziemnych produkcji tego roku.

Eno nie ma prostych linii, o czym zresztą sam daje do zrozumienia w jednym z kawałków na płycie. Gorzowianin rzuca niebanalne wersy, często niejednoznaczne, pełne ciekawych porównań i nawiązań. Nie jest to jednak pseudointelektualny rap - czasem wprawdzie trzeba chwilę pomyśleć, co autor miał na myśli, lecz jest to jak najbardziej w możliwościach przeciętnego śmiertelnika. Gdzieniegdzie Enson atakuje nas follow-upami. Najbardziej rozpoznawalny każdy odnajdzie w kawałku "To nie oni", w którym raper z gorzowskich Piasków krytykuje polską scenę hip-hopową (bo raczej nie jednego, konkretnego MC, choć kto tam wie) słowami "To twój rap, ale nie twoja rzeczywistość", nawiązującymi do słynnego "Mój rap, moja rzeczywistość" Peji.

Pojedyncze wersy to bez wątpienia najmocniejsza strona "Osiem kroków dalej". Tracki jako całość już tak nie powalają. No, może poza kończącym płytę utworem "Kain i Abel" - Enson dał ciekawy i intrygujący storytelling, z dobrym, dającym do myślenia zakończeniem. Wspomnieć należy jeszcze o singlu, promującym krążek. W "Świat jest wielki" gościnnie pojawiają się 2sty, LaikIke1 oraz KotKuler - obecność tego drugiego wywołuje największe poruszenie i słusznie, w końcu zaprezentował się naprawdę świetnie. Reszta featów, nie tylko w tym numerze, ale również na całym albumie, pozostaje raczej w cieniu gospodarza. Nie powinno to dziwić, w końcu Ensona wspomagają mniej uznani raperzy. Zarówno Roka vel "poeci są jak bletki", jak i gorzowianin Belo spisali się wprawdzie nieźle, lecz to wciąż klasa niżej. Sam Eno pod względem technicznym wypada naprawdę dobrze - jak już pisałem zaliczył spory progres (pozwolę przypomnieć sobie jego "Progres to pedał - ciągle mnie dotyka") i to po prostu słychać. Szkoda, że nie nagrywa na lepszym sprzęcie.

Producentami poszczególnych kawałków na płycie są m.in. Oliwa, Nastyk, Riki, 2sty, Bonifacy oraz duet Wallcut. Ksywki raczej mało znane, bity jednak wyszły całkiem niezłe i klimatyczne. Wprawdzie żaden z nich się jakoś przesadnie nie wybija, lecz najważniejsze jest to, że Enson znakomicie się na nich czuje, a o to przecież głównie chodzi. Osobne zdanie należy się skrzypkowi ŁC, które swoje umiejętności pokazał w utworze "Świat jest wielki" - kapitalna robota!

Eno jest raperem, któremu można wiele zarzucić. Umówmy się jednak, właściwie do każdego można się przyczepić, skupiając się tylko na jego minusach. Prawda jest taka, że "Osiem kroków dalej" to najlepszy gorzowski materiał od czasu "Liter Jutra", który spokojnie można pokazać hip-hopowym głowom z całej Polski. Dobry album, pełen mocnych, trafnych i ciekawych linijek. Nie każdemu przypadnie do gustu, to pewne. Mi się podoba, Enson pokazał spore umiejętności i za to trzeba go chwalić. Sprawdźcie album, może i Wy będziecie go później propsować. Polecam.

Ocena: 7+/10

Daniel Drumz - Electric Relaxation vol. 2

O dobrym guście Daniela Drumza, znakomitego DJ-a, przez jakiś czas związanego z grupą Grammatik, mogliśmy się przekonać co najmniej dwukrotnie. Na "Nightsessions at Seventh Floor" oraz "Electric Relaxation". Ten drugi mixtape był o wiele bardziej przesiąknięty hip-hopem, zresztą nawiązanie do klasyka pokroju "A Tribe Called Quest" do czegoś zobowiązuje. Na początku czerwca, Dany Drumz wypuścił drugą część "Electric Relaxation". Wprawdzie nie znajdziemy na niej bomby w postaci gościnnych zwrotek Smarki Smarka, lecz DJ Taśmy, jak na niego wcześniej wołano, obronił się samą selekcją utworów i ich znakomitym miksem.

Patrząc na tracklistę, zaczynam rozumieć jak wielkim muzycznym ignorantem byłem do tej pory. Owszem, większość ksywek, grup i nazwisk kojarzę, ale niestety nie ciągnie to za sobą znajomości ich twórczości. Wstyd się przyznać, ale jedyny utwór jaki rozpoznałem to rewelacyjne "Malade 2006" Hocus Pocus. Inna sprawa, że Francuzi mają mnóstwo jeszcze lepszych utworów, chociażby takie "Hip Hop?", "Vocab", "J'attends" czy "Mr tout le monde". Co z tego - "Malade 2006" pasuje do klimatu "Electric Relaxation vol. 2" chyba najbardziej. Niektórzy mogą psioczyć, że obecność francuskiego hip-hopu na mixtapie Daniela Drumza to spory błąd. Pewnie nawet część z Was uważa, że zestawianie A Tribe Called Quest, Q-Tipa i Mos Defa z jakimiś żabojadami to istna obraza. Choć - jak wspominałem - jestem trochę ignorantem, zwłaszcza jeśli chodzi o rap ze Stanów, to wg mnie jest zupełnie inaczej. Francuski rap stoi na naprawdę wysokim poziomie, czego Hocus Pocus jest doskonałym przykładem. Europejska czołówka w postaci właśnie grupy 20syla oraz takich Looptroopów dogoniła już USA pod naprawdę wieloma względami. Jasne, nadal istnieją jakieś tam różnice, lecz to już nie jest taka deklasacja jak kiedyś, a bardziej detale, które zależą od gustów słuchaczy.

Swoimi wywodami wybiegłem nieco w przeciwną stronę, nadstawiając trochę karku, co pewnie skończy się hate'ami, no ale trudno. Wracając do "Electric Relaxation vol. 2", trzeba zaznaczyć, że Daniel Drumz doskonale dopasował klimat krążka do tytułu. Ten mixtape rozluźnia i relaksuje, przy czym jednak chętnie kiwamy głową. Dany odwalił doskonałą robotę i za to należą mu się ogromną brawa. Nie dość, że znakomicie wyselekcjonował materiał, to jeszcze fantastycznie go zmiksował - poszczególne utwory przechodzą w kolejne numery bez zbędnego zająknięcia.

Daniel Drumz mógłby takie mixtape'y wydawać częściej. Na pewno zyskaliby na tym słuchacze- nie tylko wyjadacze, którzy na wylot znają każdy utwór z "Electric Relaxation vol.2", ale również nieopierzone żółtodzioby, poznające dzięki takim wydawnictwom ciekawą i dobrą muzykę. Myślę, że album ten naprawdę warto poznać. Nie zwlekajcie, póki wciąż leży w Asfalt Shopie. Zachęcam do kupna.

Ocena: 8/10

wtorek, 30 czerwca 2009

Flexxip - Fach

Przez długi czas nie lubiłem Mesa. Pewnie dlatego, że kojarzył mi się głównie z twórczością 2cztery7, a działalność tego składu po prostu mi się nie podoba. Nie kupuję tego całego g-funku nad Wisłą. W odpowiedniej chwili poznałem jednak to, co Mes robił solowo i - muszę mu to przyznać - całkowicie mnie zaskoczył, w dodatku pozytywnie. Mesa polubiłem, Emil Blef zawsze był dla mnie dobrym raperem, więc zabrałem się za Flexxip. Dziś cieszę się, że to zrobiłem.

Odsłuchałem "Fach" pierwszy raz, potem drugi, trzeci i czwarty. To wystarczyło, aby z ręką na sercu stwierdzić, że Mes z Blefem nagrali świetną płytę, która w tym momencie jest niczym innym, a sporym klasykiem. Z czasów, gdy Flexxip debiutował ze swoim LP, pamiętam jedynie utwór, który trafił do radia, a mianowicie "List". Niby leciał on na zmianę z Mezo i Ascetoholix, lecz próba czasu pokazała, kto jest naprawdę dobrym raperem, a kto tylko marnym śpiewakiem, chcącycm zarobić. "List" to kawałek, który na "Fachu" wybija się najbardziej. Uwagę przykuwa przede wszystkim osobisty tekst. Co najlepsze, każdy słuchacz znajdzie w nim rady, które spokojnie będzie mógł ustosunkować do swojej sytuacji życiowej. Wszystko wzbogaca fantastyczny bit - wprawdzie nie zaskakujący i nie odkrywczy, lecz po prostu świetny.

"Fach" to jednak nie tylko "List". Przyznam się szczerze, bardzo zdziwiło mnie to, że legalny debiut Flexxipu to również kilka innych numerów na bardzo wysokim poziomie. Weźmy chociażby takich "Oszustów" - ciekawy temat, nawet Ciech swoją gościnną zwrotką wywarł na mnie niezłe wrażenie. Moim faworytem jest tak naprawdę "Mam wiadomość" - solowe dzieło Emil Blefa, który tym trackiem zjada Mesa na śniadanie, co najmniej według mnie. Facet, co ma taką twarz, że ludzie mu ufają, nagrał pierwszoligowy storytelling - przede wszystkim niezwykle intrygujący. Blef opowiedział naprawdę ciekawą historię, odkładając technikę i tym podobne popisy na dalszy plan. Jeśli już przy storytellach jesteśmy, to nie można zapomnieć o "Powiedz gdzie jest F." - niech nie wystarszy Was to, że gościnnie pojawia się Lerek. On tylko śpiewa w refrenie i w dodatku robi to nawet bardzo dobrze (ale nie tak świetnie jak wokalistka w "Szukam tego $"). Sama historia ciekawa, ale jakby nieco gorsza i mniej tajemnicza niż wspominane wcześniej "Mam wiadomość".

Mógłbym rewelacyjne utwory z "Fachu" wymieniać dalej, ale czy to ma sens? Przecież poziom takim kawałkom jak "Milion razy", "Własny wstyd" czy "Uwierz we mnie" dotrzymują właściwie prawie wszystkie numery z krążka. Flexxip nagrał klasyk na dobrych bitach, które wprawdzie nie zaskakują, ale mogą się podobać. Nie powielajcie mojego błędu i bierzcie się za "Fach" już dziś. Mes i Blef stoją za świetną płytą, obok której nie można przejść obojętnie. Polecam!

Ocena: 9/10

poniedziałek, 29 czerwca 2009

BennCart - 66-200

Jakieś dobre 2 lata temu poznałem epkę "Umrzeć w super butach" duetu Mielzky/BennCart. Propsowałem oczywiście dzisiejszego wokalistę Sekaku, lecz głownie dobre słowa leciały w kierunku producenta albumu. BennCartowi wróżyłem znakomitą karierę. Czas pokazał, że jego mistrzowskie bity przeszły niemal niezauważone. Jakiś czas temu wydał jednak swój instrumentalny album. Może teraz ktoś się nim zainteresuje?

Płyta zaciekawiła mnie dosłownie z miejsca. Raz, że to w końcu BennCart, a jego bity jak dotąd mi się podobały. Dwa, że tytuł krążka szybko wskazał mi miejscowość, z której autor "66-200" pochodzi. Jak może niektórzy wiedzą, kod pocztowy do mojego Gorzowa to 66-400. Doszedłem więc do wniosku, że 66-200 przypisany jest do innego, większego miasta w województwie lubuskim. Był to dobry trop, kodu tego bowiem używamy, kiedy adresujemy listy do Świebodzina. Zawsze myślałem, że lubuskie to tylko raperzy (Smarki, Zkibwoy, Enson, od biedy Emrat, Rezpektz, Smagalaz). Dobrych producentów w moim województwie zawsze za to było jak na lekarstwo - właściwie tylko Expe można zaprzątaliśmy sobie głowę. A tu się jednak okazuje, że lubuskie reprezentuje taki człowiek jak BennCart. Jednym słowem, WOW.

Kadzę tu mieszkańcowi Świebodzina strasznie, a nawet przez chwilę nie zająłem się tym, co pokazuje na "66-200". Jak już wspominałem, album jest w całości instrumentalny (no, może poza oklepanym intrem). Moim zdaniem - to bardzo dobrze. Nie ma bowiem możliwości na wystąpienie czegoś, co nazywam "przekleństwem" płyt producencki, a mianowicie słabych, gościnnych zwrotek przeciętnych raperów. Wprawdzie taki Mielzky pojechałby pewnie konkretnie, ale sam całej płyty przecież by nie zajął, prawda?

Bity BennCart oparł - co było do przewidzenia - na jazzowych samplach, choć gdzieniegdzie wkrada się bujający funk (chociażby utwór "Dla ludzi"), a i soulu nie brakuje. W "66-200" podobać się może przede wszystkim to, że z jednej strony głowa potrafi się przy nim nieźle kiwać, natomiast z drugiej otrzymujemy kawał znakomitego chill-outu, przy którym po prostu nie idzie się nie odprężyć. Dla przykładu takie "Lecąc nad miastem" - istna kwintesencja muzyki "do wyluzowania". Wiecie, to jest tak, że czasem, po ciężkim dniu, wieczorem puszczę sobie "Jazzmatazz" Guru, a kiedy indziej leci właśnie "66-200" BennCarta. Oczywiście poziom obydwu tych produkcji jest diametralnie różny, lecz odprężają w sposób porównywalny.

Świebodzin wprawdzie stolicą polskiego hip-hopu instrumentalnego raczej nigdy nie zostanie, aczkolwiek nie można odmówić talentu jednemu mieszkańcowi tego ośrodka powiatowego. "66-200" słucha się naprawdę dobrze, album znakomicie spełnia swoją rolę. Dobór sampli to dosłownie wyśmienita robota (kawałek tytułowy to prawdziwa perełka!). Może się nie znam i jestem amatorem, jeśli chodzi o producencką stronę rapu, ale BennCart to człowiek, któremu wciąż wróżę piękną karierę. Mam tylko nadzieję, że tym razem moje słowa okażą się bardziej prorocze niż poprzednio.

Ocena: 8/10

niedziela, 28 czerwca 2009

Ortega Cartel - Lavorama

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem zapowiedź nowej Ortegi, z miejsca "Lavorama" stała się moją najbardziej wyczekiwaną płytą w tym roku. Co tam Ten Typ Mes, co tam Te Tris, co tam WFD - to premiera krążka od poksich emigrantów z Kanady wydaje się być jak do tej pory najgorętszą w 2009. Oczekiwania miałem spore i już we wstępie mogę powiedzieć, że zostały one spełnione w każdym calu.

"Lavorama" to przede wszystkim mistrzowska forma patr00. Nie wiem czy zdaje on sobie sprawę, ale w tym co robi jest istnym geniuszem. Autor wszystkich bitów na płycie to producent ze skillem na światowym poziomie, w Polsce dorównuje mu jedynie O.S.T.R., choć i tu mam pewne wątpliwości. Szkoda, że talent mieszkańca kanadyjskiego Montrealu zauważono dopiero w momencie, gdy triumfy zaczęło święcić "Season One" The Jonesz. Póki co, o patr00 mówi się w Polsce. Ciekawe, kiedy informacje o jego twórczości dotrą do Stanów.

Bity na "Lavoramie" zaskakują różnorodnością. Wszystko przez dobór i wykorzystanie sampli. Dominuje jazz - polski, jeśli wierzyć słowom samego patr00 ze znakomitego singla "To historia". I choć na ogół panuje właśnie taki letni, chill-outowy klimat, to jednak czasem urodzony w Sztumie producent skręca w lewo jak Tomasz Gollob i nieco zmienia styl. Co więcej, nieźle przy tym żongluje samplami. Dobrym na to dowodem są takie kawałki jak chociażby "Dokąd tak gnasz?", w którym od razu wyczujemy wpływ muzyki disco. Uwagę powinno przykuć również oparte o mocne i wyraźne bęby "This is for my boys" oraz "North Starr", gdzie w całości wykorzystano trudny do sklasyfikowania dla mnie dźwięk. W pamięć wpada też sampel, kończący utwór "Miami Vice" - jakieś lata 80.-te, w dodatku wydaje się być strasznie znany.

Powiedzieliśmy już, że nowa Ortega od strony producenckiej nie ma sobie równych. A jak wypada pod innymi względami? Trochę gorzej, ale nadal bardzo dobrze. Patr00 i PiterPits nie są raperami z potężnymi skillami - nie siłują się z podwójnymi, modulowaniem głosu oraz przesadnym akcentowaniem. Nawijają na pełnym luzie, przez co czasem technika kuleje, ale przecież nie o jakieś popisy w Ortedze chodzi. Płyty od mieszkających w Kanadzie Polaków od zawsze były kwintensencją luźnego rapu. Ot, taka filozofia, dzięki której Ortega Cartel nieprzerwanie rządzi na moich głośnikach od dłuższego czasu. Z tego co zdążyłem zauważyć nie tylko na moich.

Na dobrą sprawę, rap patr00 i Pitera to mniej więcej połowa objętości tekstowej "Lavoramy". Drugą część zapełniają bowiem goście - zarówno ci z najwyższej półki, jak i mniej znani, z zupełnego undergroundu. Ortegową filozofię doskonale kuma Jesse Maxwell - tego można było się jednak spodziewać, w końcu kanadyjski MC nagrywa z patr00 w 3dB studio nie od dziś. Zrozumiał ją również - co najdziwniejsze - Tede, któy nagrał największego bangera na płycie. Jego "Dokąd tak gnasz?" nie dość, że jest luźne, to jeszcze w disco-klimacie. Moim faworytem uczyniłem jednak numer Mielzky'ego. Dostał rewelacyjny bit i skrzętnie go wykorzystał. "Rap" to doskonały prognostyk przed wspólną płytą wokalisty Sekaku i patr00. Będzie ogień! Dobre wrażenie pozostawił po sobie również Reno. Niekoniecznie mówię tu o jego solowych "Dobrych czasach", a numerze "Kickflip", w którym rzuca zabawnymi punche'ami na lewo i prawo. No i jeszcze nie mógłbym nie wspomnieć o Spinache. "Ciągle tu jestem" to chyba najbardziej przemyślany track na "Lavoramie", co niby się kłóci z całą tą wspominaną wcześniej "filozofią", niemniej pojedyncze linijki łodzianina po prostu zasługują na ogromne oklaski. Nieco gorzej spisali się moim zdaniem O.S.T.R., Proceente oraz Finker (wiele osób go wychwala, a moim zdaniem zaliczył spory regres w porównaniu z "Nic się nie dzieje" oraz "Podziemne Disco").

Ortega Cartel nagrała płytę roku. Do tej pory nie wyszedł żaden, choć minimalnie lepszy album. Czy coś do końca grudnia zdoła przebić "Lavoramę"? Ciężko powiedzieć, ale wydaję mi się, że na polskiej scenie będzie to raczej niewykonalne. PiterPits i patr00 przygotowali rewelację tego roku, która najprawdopodobniej nie zejdzie z moich głośników przez całe lato. A jeszcze trzeba dodać, że ta rewelacja została wydana we wręcz przepiękny sposób. Design od 77 cuts to poziom, do którego nie dobija nawet Forin - lider na naszym rynku, jeśli chodzi o projektowanie. Chcecie znać receptę na udane wakacje? Nikt Wam jej nie podsunie pod nos. Wiem jednak doskonale, że umilić może je "Lavorama", Ortega Cartel i tabun fantastycznych gości. Polecam!

Ocena: 9/10

wtorek, 23 czerwca 2009

Praktik - Dobra Częstotliwość

Początkowo może się wydawać, że płyty, które recenzuję w ramach cyklu "Musisz to znać" to same rewelacje, ew. bardzo dobre pozycje. Nic z tych rzeczy! Są albumy, które powinniśmy znać nie ze względu na efekt finalny, a jedynie biorąc pod uwagę jeden czynnik wyróżniający. Właśnie takim materiałem jest "Dobra Częstotliwość", czyli producencki krążek Praktika. Czym się wyróżnia i dlaczego nie jest to żadna rewelacja?

"Dobra Częstotliwość" to przede wszystkim - jak na producencki album przystało - znakomite bity Praktika. Warszawiak jawnie inspiruje się jazzem - nie jest to jednak ani Jazzmatazz, ani kojący jazz-hop w stylu Blue Scholars bądź Common Market. Ot, po prostu rap z dużą domieszką jazzu, ogromną ilością jazzowych sampli. Troszkę szkoda, że Praktik korzysta z aż tak wyraźnych bębnów - moim zdaniem przy mniej charakterystycznych łatwiej byłoby wuluzować się, odpłynąć. Inna sprawa, iż to raczej kwestia gustu - tak czy siak bity kolegi Dizkreta niemal zawsze miażdą. Ba, oszołomić słuchacza udaje mu się nawet wtedy, kiedy porzuca jazz i hip-hop zaczyna mieszać z funkiem ("A Portret") bądź soulem ("Jestem Tu", "Mamy tu co robić").

Co takiego więc nie do końca zagrało? To, co zwykle na płytach producenckich, czyli zaproszeni goście. Swoją drogą, jest to pewne przekleństwo tego typu albumów. Krążków, na których wszyscy goście prezentują wysoki, równy poziom można szukać ze świecą. w dłoni Na "Dobrej Częstotliwości" ponad wszystkich wybija się Pezet, pojawiający się w aż dwóch kawałkach. Jego "Biznes" i "Kilka Lat Później" to moim zdaniem jedne z najlepszych utworów, które wydał na świat polski rap. Cechują je przede wszystkim świetne linijki, krytycznie opisujące sytuacje na rodzimej scenie hip-hopowej. Dobrze spisali się też Mes oraz Lilu, natomiast Dizkret już tylko nieźle, jakoś bez większej ikry. Po JWP nie spodziewałem się za wiele i ani trochę się nie pomyliłem. Ero i Foster wypadają blado, ich numer można spokojnie pominąć.

"Dobra Częstotliwość" to porządny album producencki, który jednak byłby znacznie lepszy, gdyby nie niektórzy goście - Pezet zjadł tu wszystkich, nawet Mesa. Płytę trzeba jednak docenić za naprawdę pierwszorzędne bity. Szkoda, że Praktik od dawna nie wyprodukował niczego znaczącego. Myślę, że gdyby w końcu coś wypuścił, to byłaby to prawdziwa bomba. Póki co, przed nosem mamy "Dobrą Częstotliwość", która niestety nie może otrzymać oceny wyższej od siódemki z plusem. Siedem za bity, plusik za Pezeta. Sprawdźcie to, w końcu musicie to znać!

Ocena: 7+/10

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Orishas - Antidotico

Rap tworzą nie tylko czarnoskórzy mieszkańcy Stanów Zjednoczonych. Za tą muzykę łapią się ludzie z całego świata, chociażby Słowianie, czego Polska jest najlepszym przykładem. Świetny rap dociera do nas też m.in. z Francji, Szwecji czy Australii. Nic więc dziwnego, że tym gatunkiem zręcznie operują również Latynosi. Największą gwiazdą hiszpańskojęzycznego hip-hopu jest bez wątpienia tercet Orishas.

Formację tworzy trzech kubańskich emigrantów. Każdy z nich mieszkał w innym, europejskim mieście. Roldán żył w Paryżu, Yotuel w Madrycie, zaś Ruzzo w Mediolanie. Cała trójka spotkała się w stolicy Francji i szybko zaczęły się pierwsze próby muzyków. Te zainteresowały wielkie wytwórnie, na czele z EMI, z którym Kubańczycy podpisali kontrakt i pod jego szyldem wydali debiutancki album "A lo Cubano". Okrzyknięci objawieniem, szybko stali się prawdziwą gwiazdą nie tylko we Francji i Hiszpanii, ale również na rodzinnej Kubie - podczas pierwszej trasy koncertowej Orishas na wyspie, audiencji udzielił im sam Fidel Castro. Artyści zostali nie tylko nazwani "rewolucjonistami", ale również zapewnieni, że od teraz hip-hop na Kubie będzie miał się znacznie lepiej, bo przecież do tej pory był zdelagalizowany jako muzyka największego wroga.

Dłuższą historię emigranckiego tercetu możecie znaleźć na Wikipedii bądź LastFM, więc zajmiemy się czymś, co powinno nas bardziej zainteresować. A mianowicie, czy status gwiazdy Orishas to tylko dobry marketing, czy może coś więcej? Akurat dobrze się złożyło, bo w moje ręce trafiło "Antidotico" - album, na którym znajdziemy najważniejsze utwory oraz największe przeboje formacji.

Przyklaskiwałem Orishas już w momencie, gdy tylko usłyszałem pierwszy numer. Emigranci z Kuby nie kopiują wzorców ze Stanów, stworzyli od podstaw coś zupełnie nowego i świeżego. Ogromny na to wpływ miało nie tylko pochodzenie artystów, ale również osoba Roldána, który wcześniej bardziej związany był nie z rapem, a z tradycyjną muzyką. Tym samym powstał hip-hop, będący wybuchową mieszanką czarnych brzmień z dźwiękami latynoskimi. Inspiracje Manu Chao, Compayem Segundo bądź całym Buena Vista Social Club są wyczuwalne. Większość utworów utrzymanych jest w żywym, skocznym tempie, co sprawia, że muzyka Orishas buja aż miło - wystarczy kilka pojedynczych nut z "Antidotico", aby ponuraka i nudziarza zachęcić do tańca.

Niestety, hiszpańskiego nie znam w ogóle, ciężko jest mi więc powiedzieć, o czym są poszczególne kawałki. Fakt przyjęcia Orishas przeż Fidela Castro może sugerować, że nie są to raczej ostre i cięte komentarze polityczne wymierzone prosto w El Comendante. Z drugiej strony, tytuły wielu tracków ("A lo Cubano", "Represent, Cuba", "Habana") mogą sugerować, że tercet nie zapomina o swoim kraju na emigracji. A jeśli cała trójka postanowiła z Kuby wyjechać, to czy mówiłaby o swoim rodzinnym kraju w superlatywach? Raczej nie. Proszę więc wszystkich czytelników, którzy operują hiszpańskim, o oświecenie mnie.

"Antidotico" to znakomity sposób na zapoznanie się z muzyką Orishas. Same, wyraziste hity pokroju chociażby "El Kilo". Słucha się tego niezwykle melodyjnego materiału świetnie, zwłaszcza w ciepłe, letnie i słoneczne dni. Póki co wprawdzie pogoda nas nie rozpieszcza, ale jestem pewien, że jeszcze w te wakacje będziemy mieć momenty, w których aż będzie się prosiło, aby w głośnikach zahuczało kubańskie Orishas. Nie znacie? To nadróbcie wreszcie zaległości!

Ocena: 9/10

niedziela, 21 czerwca 2009

Pezet - Muzyka Emocjonalna

"Pierwsza taka płyta w Polsce" - tak wg Was najtrafniej opisać "Muzykę Emocjonalną" Pezeta. Wielu jednak mówi, że tak naprawdę nowa płyta członka Płomienia 81 to nic więcej jak niczym nie wyróżniający się przeciętniak. Osobiście bardziej popieram pierwszą grupę osób. Pezet zrobił coś, czego nikt w tym kraju przed nim nie dokonał. Oczywiście, czuć inspiracje Stanami Zjednoczonymi, a zwłaszcza ostatnią płytą Kanye Westa, lecz to są naprawdę tylko i wyłącznie inspiracje i nie można mówić o jakiejkolwiek kopii. Takie oskarżenia są równie bezpodstawne, co mówienie, że "Slang" Pezeta to istna zrzynka z "Ebonics" Big L. Inspiracja - zapamiętajcie te słowo.

We wszystkich płytach Pawła Kaplińskiego dobre jest to, że ich nazwy doskonale oddają to, co oferują. "Muzyka Poważna" to w zdecydowanym stopniu poważne rozkminy, zaś "Muzyka Rozrywkowa" faktycznie była płytą imprezową. Podobnie jest z "Muzyką Emocjonalną" - tak jak można się było tego spodziewać, jest to przede wszystkim spora dawka emocji, oscylujących wokół miłości oraz kobiety życia, którą Pezet stracił. Nie mam pojęcia, czy ursynowski raper faktycznie miał problemy ze swoją drugą połową, czy może po prostu przedstawia nam tutaj tzw. fikcję literacką. Prawdę powiedziawszy, zupełnie mnie to jednak nie obchodzi. Słuchając "Muzyki Emocjonalnej", dostrzega się nie tylko emocje, ale również szczerość. Każda linijka Pezeta wydaje się prawdziwa, każda zwrotka wypchana jest po brzegi uczuciami. Najbardziej w głowę zapadł mi jeden wers z refrenu utworu "Spadam" ("Ale kocham Cię, kocham, wciąż Cię kocham kurwa i nie znam już innych słów!"). Wprawdzie pada tu - jak doskonale widać - jedna "kurwa", na którą parę osób już narzekało, to moim zdaniem uwydatnia ona tylko uczucia autora tych słów.

"Muzyka Emocjonalna" to jednak nie tylko szczere, przesiąknięte emocjami teksty Pezeta. Ogromny wkład w znakomity odbiór albumu ma również Bartosz Zjawin, główny producent krążka (oprócz niego swoje dołożyli tylko Czarny oraz Agata Molska). Na płycie dominuje mocno eksperymentalne brzmienie, często zbudowane z nowoczesnych dźwięków. Można się spierać, czy Zjawin robi jeszcze hip-hop, czy może już jakiś inny gatunek. Wciąż można traktować to jako rap, lecz w tym wypadku, mówimy o rapie na wskroś oryginalnym i niespotykanym dotąd na naszej scenie. Nie dość, że ekseprymentalne i nowoczesne dźwięki, to jeszcze wspomagane tu i ówdzie gitarami, które doskonale wypadają chociażby w dość leniwym "Nieważne". Nie można też zapominać o rewelacyjnym wykorzystaniu dobrodziejstw auto-tune'a. "Spadam" bez tego efektu nie byłoby już takie same.

Szkoda, że ta płyta wyszła właśnie teraz, w czerwcu. Lato pełną gębą, a tu mamy album idealnie nadający się na ponure klimaty jesienno-zimowe. No chyba, że ktoś teraz przeżywa jakieś bolesne rozstanie - wtedy "Muzyka Emocjonalna" będzie jak znalazł. Pezet nagrał bardzo dobrą płytę i po prostu musicie ją sprawdzić. Kawał muzyki na wysokim poziomie, obok którego nie można przejść obojętnie.

Ocena: 8/10

wtorek, 16 czerwca 2009

Te Tris - Naturalnie EP

Przez długi czas Te Tris traktowany był przede wszystkim jako freestyle'owiec. Zmieniło się to wraz z wydaniem epki "Naturalnie", którą śmiało można nazwać najlepszym podziemnym krążkiem 2004 roku i jednym z ciekawszych undergroundowych albumów w ogóle. Recenzowałem go już kiedyś, jakoś na początku istnienia tego bloga. Dziś jednak wiem, że była to raczej krótka notatka, a nie ocena pełną gębą. No to zróbmy to na nowo.

Moim zdaniem swoisty kult "Naturalnie" (notabene nieporównywalnie mniejszy do kultu "Najebawszy" Smarka) istnieje głównie dzięki dwóm kawałkom. Pierwszym z nich jest "Magnum" - dynamiczny storytelling o zabarwieniu kryminalnym, historia prostego zabijania z użyciem tytułowej broni. Drugim ze znacząco wybijających się tracków jest bez wątpienia "Pamięć", czyli niezwykle osobista, zabarwiona emocjonalnie opowieść o życiu samego rapera, w tym m.in. o śmierci jego ojca. Świetny numer, dla mnie absolutny klasyk.

Oczywiście, "Naturalnie" bez tych dwóch kawałków nadal byłoby bardzo dobrą płytą - podobać może się chociażby utwóry tytułowy, gdzie Te Tris bawi się czteroma żywiołami lub stylizowane na lovesong "Tymy" z gościnnym udziałem Trzykera, choć akurat w tym przypadku, nie można zapominać o mocnej wersji atlernatywnej, a właściwie suplemencie, którą zaproponowali na swoim mixtapie EsDwa & Pogz. Wszystkie te utwory zostały nawinięte w sposób niezwykle stylowy. Te Tris dysponował i nadal dysponuje świetnymi skillami i to po prostu słychać. Wprawdzie na "Naturalnie" nie znajdziemy wielu kosmicznych popisów technicznych, lecz MC z Siemiatycz nawija w taki sposób, że po prostu chce się go słuchać.

Wkład rapera odbieram więc całkowicie na plus. Jak zatem debiut utalentowanego freestyle'owca wypada pod względem brzmienia? Również dobrze. Za bity na "Naturalnie" odpowiadają Kixnare, EsDwa, Demel oraz sam Te Tris, który zresztą skomponował najwięcej podkładów. Podobnie jak w przypadku sfery stricte muzycznej najlepiej wypadają "Pamięć" oraz "Magnum". Pierwszy urzeka przede wszystkim tkliwym soulowym samplem z zapętlonym wokalem, idealnie pasującym do nostalgicznej wymowy utworu. Drugi może przypaść do gustu ze względu na tempo, które pomaga w budowaniu napięcia. Swoją drogą, tą świetną robotę odwalił duet producencki Kixnare/Te Tris. Ot, taka ciekawostka.

Jeśli uważasz się za słuchacza polskiego rapu, to "Naturalnie" po prostu powinieneś znać. Dziś jest to już klasyk, w dodatku maksymalnie dopieszczony i dopracowany. W momencie, gdy znakomity mixtape "Stick2MyNameRight" już się przejadł, a do "Dwuznacznie" - jak się okazuje - jeszcze daleka droga, to chyba warto odświeżyć sobie nielegal, którym Te Tris debiutował. Gorąco do tego zachęcam, w końcu to podziemny rap na najwyższym poziomie.

Ocena: 8+/10

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Rap Addix - Właściwe Proporcje

Rap Addix to klasyczny duet MC-producent. Na mike'u słyszymy Junesa, zaś za bity odpowiada utalentowany SoulPete. Efektem ich współpracy jest epka "Właściwe Proporcje", która ujrzała światło dzienne jakoś w pierwszych miesiącach bieżącego roku. Na dobrą sprawę, jest to kolejna podziemna pozycja, która wpada jednym uchem, a wypada drugim. Z tą jednak różnicą, że akurat "Właściwie Proporcje" sprawiają pod pewnymi względami naprawdę niezłe wrażenie.

Choć Junes super-raperem nie jest, to jednak jego flow jest proste. Nawija bez jakiejś większej ikry, ale zarazem całkiem poprawnie. Warto w tym momencie zaznaczyć, że w przeciwieństwie do wielu swoich kolegów "po fachu" z undergroundu, Junes dysponuje pierwszorzędną dykcją, dzięki której każdy wers jest zrozumiały. Szkoda tylko, że jego teksty niczym nie zaskakują, nie przykuwają uwagi słuchaczy. Jak wspominałem wcześniej, wpadają jednym uchem, a wypadają drugim. Niemniej, Junesowi należy się plus za to, że - jak sam wspomina w jednym ze tracków - "kładzie serce w to, by linijki były szczere i mówiły prawdę" (swoją drogą, nieco dziwne sformułowanie).

O wiele lepiej, a właściwie bardziej wyraziście, spisał się SoulPete. Już na nagranym z Solarem "Kwadrans EP" pokazał, że drzemie w nim ogromny potencjał. Lubelski producent dobiera naprawdę kozackie sample i na "Właściwych Proporcjach" nie jest inaczej. No, jedynie utworu "Nawarstwiam Brud" słucha mi się ciężko. Ale może właśnie to dlatego, że SoulPete wyprodukował tak sugestywny bit, że od razu czuć cały ten "brud".

We wszystkich tych klasycznych duetach MC-producent niedobrze dzieje się, gdy jedna z postaci go tworzących, znacząco przewyższa swoim warsztatem drugą. Tak niestety jest w przypadku Rap Addix. Junes spisał się tylko poprawnie, wręcz przeciętnie. Natomiast SoulPete... Z niego to będą ludzie, myślę nawet, że już niedługo. Ocena ostateczna przedsatwia jednak ogólny odbiór albumu, dlatego też "Właściwym Proporcjom" stawiam jedynie piątkę w skali dziesięciopunktowej. W wolnej chwili można z ciekawości sprawdzić.

Ocena: 5/10

niedziela, 14 czerwca 2009

Warszafski Deszcz - Powrócifszy...

W 1999 roku, kiedy to "Nastukafszy" Warszafskiego Deszczu zadebiutowało na półkach sklepowych, ja szedłem po raz pierwszy do szkoły. W wieku 7 lat nie słuchałem jeszcze rapu, prawdę mówiąc żaden gatunek mnie jeszcze wtedy nie interesował. Zaległości jednak całkiem niedawno nadrobiłem - poznałem klasyka, który nawet mi się spodobał, co w przypadku hip-hopowych produkcji sprzed 2000 roku zdarza się u mnie naprawdę rzadko. A przecież WFD współtworzy Tede, a jego dosłownie nigdy nie darzyłem sympatią. Nic więc dziwnego, że oczekiwałem spektakularnego powrotu Warszafskiego Deszczu po 10-letniej przerwie, który zapowiadano już od dłuższego czasu.

Mogę od razu powiedzieć, że "Powrócifszy..." się w ogóle nie zawiodłem. Nie spodziewałem się płyty roku, ale po prostu rapu na wysokim poziomie, o który Tede i Numer Raz oczywiście zadbali. Spokojnie mogę powiedzieć, że pod względem skilli obaj są prawdziwą czołówką polskiej sceny - nawijają na pełnym luzie, z typowym dla siebie polotem. Na "Nastukafszy" lepiej prezentował się Tede. Pokuszę się o stwierdzenie, że "Powrócifszy..." bardziej należy już do Numer Raza, choć są to różnice minimalne i różne osoby mogą to inaczej odbierać.

Pod względem lirycznym powrót Warszafskiego Deszczu również wypada zgodnie z przewidywaniami. Teksty Tede i Numer Raza kręcą się przede wszystkim wokół tego, co zmieniło się w życiu obu raperów (ale nie tylko) w przeciągu tych 10 lat. Oprócz tego znajdziemy dużo luźniejszych numerów, pokroju chociażby "Leniwego dnia", "Czuję się lepiej" czy "Kolejnego Rajdu, (Tu i tam)". Nawiązań do "Nastukafszy" na "Powrócifszy..." jest wręcz od groma. Wystarczy tylko spojrzeć na tracklisty obu albumów, aby to zauważyć. Co ciekawe, choć WFD reprezentuje - bądź co bądź - uliczny nurt hip-hopu, to równocześnie nie urzeka nas zabawnymi linijkami, które jednak wypowiadane są śmiertelnie poważnie. To nie Hemp Gru. Ba, Tedeuszowi i Numerowi zdarza się nawet zahaczyć o bardziej poważne tematy. W "Więcej ruchów" atakują ludzi narzekających na kryzys finansowy. Zauważają, że jego skutki nie są aż tak bardzo odczuwalne, a ludzie są sami sobie winni, bo zamiast wziąć się w garść, siedzą na swoich czterech literach i marudzą. Na dobrą sprawę, jest to jednak swoisty rodzynek. Na ogół na "Powrócifszy..." dominuje luźny, zajawkowy klimat, potęgowany przez całkiem zabawne skity (nie liczcie tylko na wysmakowany humor, jest raczej prosto i - zarazem - śmiesznie).

Produkcją albumu zajęli się czołowi polscy beatmakerzy, w osobach Ostrego i Kixnare'a. Większość podkładów wyszła jednak spod dłuta speców związanych z wytwórnią Wielkie Joł. Na najnowszej płycie WFD słyszymy produkcje m.in. Sir Micha, Matheo, Steeza, Łuxona czy Erio. Bity jak bity - dobre, miejscami nawet bardzo, ale niczym się nie wyróżniają. Świetnie komponują się z rapem Tede i Numera i właściwie to tyle. Same się nie bronią. Swoje zrobili DJ Abdool i DJ Macu, którzy zajęli się scratchami i cutami - robota pierwszorzędna, ale tego można się było spodziewać.

O "Powrócifszy..." mógłbym pisać jeszcze długo. Ciekawe, może za 10 lat dla obecnych 16-latków nowe WFD będzie tym, czym jest "Nastukafszy" dla osób dobijających powoli do trzydziestki? Nie zdziwiłbym się. Płycie można zarzucić wtórność, ale ja taką wtórność kupuję - w końcu poziom materiału jest naprawdę wysoki. Ciekawi mnie, czy to faktycznie powrót Warszafskiego Deszczu, czy tylko jednorazowy wyskok. Słowa Numer Raza w "Dekadzie" chyba świadczą o tym, że jeszcze przyjdzie nam spoglądać w niebo, czekając aż pierdolnie. Póki co, polecam "Powrócifszy..." - warto posłuchać, warto kupić.

Ocena: 8/10

sobota, 13 czerwca 2009

Beginner - Blast Action Heroes: Version 2.0

Polscy słuchacze mają często dość – nie bójmy się tego powiedzieć – ograniczone pojęcie o niemieckim rapie. Kojarzą go przede wszystkim z Sido oraz innym MC's reprezentującymi wytwórnię Aggro Berlin. Postanowiłem jednak popytać o szwabski rap wśród samych Niemców. Polecono mi Beginnera, a w łapska trafiło "Blast Action Heroes: Version 2.0". Skład tworzy DJ Mad (jak widać Emade nie jest ze swoją ksywką sam na świecie) oraz duet rapujących producentów - jeden z nich to Eizi Eiz, drugi Denyo. Żadnych hitów, które dotarłyby do Polski lub po prostu poza granice Niemiec nigdy nie nagrali, przez co są to dla większości z Was najprawdopodobniej anonimowe postacie. Uwierzcie mi jednak, iż równocześnie spokojnie można nazwać ich czołowymi graczami hip-hopowej sceny naszych zachodnich sąsiadów.

Denyo i Eizi Eiz rapują naprawdę dobrze – w języku niemieckim można ładnie i zgrabnie rymować, co obaj skrzętnie wykorzystują. Polak pewnie stwierdziłby, że nawijają niewyraźnie. Powiedzmy jednak sobie szczerze - to dość typowe, że nie rozumiemy Niemców i to nie dlatego, że nie znamy używanych przez nich słów, ale z tego powodu, iż po prostu wymawiają je w inny sposób, niż byliśmy uczeni. Wracając do Denyo i Eizi Eiza należy wspomnieć o ich dość charakterystycznych głosach, które sporą rzesze osób mogą denerwować. Nie ukrywajmy, trochę jednak chłopaki skrzeczą.

Teksty obu raperów oscylują wokół bragga, polityki i parodii. Ten ostatni element jest chyba najciekawszy, choć najcięższy do wyłapania. Z drugiej strony, parodiowanie nie występuje jedynie w linijkach Eizi Eiza i Denyo, ale również chociażby w książeczce dołączonej do płyty. Teksty piosenek przeplatają tam się z fotografiami, stylizowanymi na okładki słynnych, hip-hopowych klasyków pokroju chociażby "Check Your Head" Beastie Boys. Gościnnych występów na "Blast Action Heroes" nie ma za wiele. Na uwagę zasługuje jednak udział Niny Hagen (NRD-owska piosenkarka, która rozpoczęła swoją karierę w Polsce) w utworze "Wer Bistn Du?". Dysponuje ona naprawdę świetnym głosem.

Od strony stricte muzycznej "Blast Action Heroes" nie powala. Przeważają brzmienia zrobione na jedno kopyto, choć znajdziemy tu wyjątki w stylu "Gustav Guns", kawałka utrzymanym w dość luzackim – powiedzmy, że nieco w g-funkowym – klimacie. O ile zagraniczne rap-płyty zazwyczaj przykuwają moją uwagę ze względu na beaty, o tyle płyta Beginnera spodobała mi się dopiero po wsłuchaniu się w teksty.

Jak wspominałem we wstępie, w moje ręce wpadło "Blast Action Heroes: Version 2.0", co wyraźnie sugeruje nam, że jest to druga edycja tego samego materiału. Moja wersja wzbogacona została o drugi, bonusowy cedek, zawierający 3 premierowe utwory oraz koncertowe wersje takich hitów jak "Wer Bistn Du?" czy "Das Boot". Żadna rewelacja, ale przyjemna niespodzianka.

Beginner pokazał mi, że niemiecki rap może być dobry. Nie jakiś rewelacyjny i jarający, ale po prostu dobry. Moim zdaniem to wystarczający argument, aby "Blast Action Heroes: Version 2.0" sprawdzić. Naprawdę, nie można żyć ciągle w przeświadczeniu, że hip-hop za zachodnią granicą robią tylko Sido i DJ Tomekk…

Ocena: 7/10

piątek, 12 czerwca 2009

Kosaaa - W Dobrą Stronę EP

Płyty producenckie to dość dziwaczne twory. Zwykle powstają one po to, aby dany beatmaker mógł pochwalić się swoim warsztatem i umiejętnościami. Tak na dobrą sprawę, przestajemy na to zwracać uwagę w momencie, gdy na takim krążku pojawiają się goście. Zaproszeni artyści często prezentują naprawdę różne poziomy. Do tego dochodzi różnorodność tematyczna poszczególnych kawałków, przez co album traci na spójności. Jasne, można nagrać rewelacyjną płytę producencką. Nie rozumiem jednak zupełnie, po co za takie projkety biorą się podziemni beatmakerzy. Wprawdzie często posiadają oni niewątpliwy talent, lecz - nie oszukujmy się - nie mają możliwości na zaproszenie porządnych wykonawców.

A właśnie taka przypadłość dręczy "W Dobrą Stronę EP" Kosyyy. Młody producent sieka naprawdę niezłe bity i to w dodatku w stylu, jaki preferuję. Materiał kipi aż od sampli. (chodzi nawet plota, że został on na nich oparty w 100%). Mieszkaniec Wołomina przebiera głównie w soulu, śmiało ubarwiając swoje podkłady charakterystycznymi, zapętlającymi się wokalami. Jasne, to już słyszeliśmy jakieś miliard razy, jest to jednak "oczywista oczywistość", z której chyba każdy zdaje sobie sprawę. Oryginalność? Nie Kosaaa, to słowo nie opisuje Twoich bitów. Inna sprawa, że większość z nich brzmi naprawdę dobrze - słucha ich się miło i sympatycznie.

A raczej słuchałoby się, gdyby nie raperzy, którzy to psują. Spośród zaproszonych gości najwięcej oczekiwałem od Revo. "Dla Panów" wyszło mu jednak tragicznie. Autor "Obrazu" nigdy nie był wielkim technikiem, więc proste rymy może jakoś wielce nie rażą, ale za to treść, którą ma do przekazania, wywołuje raczej u mnie zgrzytanie zębami. Być może, gdyby numer ten nawinął kto inny, to nie byłbym aż tak rozczarowany, ale od Revo oczekuję po prostu więcej. Zdecydowanie jego najgorszy kawałek w karierze (o czym zresztą sam gdzieś wspominał), oby nadchodzące LP było lepsze.

Reszta raperów spisała się równie źle (lub nawet gorzej). Część z nich ma problemy z dykcją, co niestety znacząco wpływa na odbiór kawałka. Co to za przyjemność nadwyrężać słuch do granic możliwości, aby zrozumieć tekst gościa, który przed nagrywką nie poćwiczył wystarczająco przed lustrem? Inna sprawa, że nawety tacy zawodnicy jak Dapit, płynący przecież całkiem zjadliwie, nie prezentują choćby jednej ciekawej linijki, a co zatem idzie, nijak nie potrafią mnie zaciekawić. Nic więc dziwnego, że najlepszym kawałkiem na "W Dobrą Stronę EP" jest bez wątpienia remix "Półcienia" duetu Gres Snatch. Nie muszę chyba mówić, że współautor "Noc EP" to raper konkretny, który nie tylko operuje wysokimi skillsami oraz charakterystycznym i oryginalnym podejściem do rapu, ale również pisze znakomite teksty. A najlepsze jest to, że bit Kosyyy pasuje tu jak ulał, choć ciężko mówić o przebiciu Snatcha, w końcu to nieco inne klimaty.

I tu dochodzimy do konkluzji. Może wołomiński producent powinien zająć się póki co remixami, a dopiero później - kiedy już będzie miał lepsze kontakty - zapraszać na swoje albumy producenckie raperów? Ciężko na to odpowiedzieć (co prowadzi do tego, że właściwie do tej konkluzji nie doszliśmy). Zwłaszcza, że od czasu premiery "W Dobrą Stronę EP" wyszedł już kolejny krążek Kosyyy - pod względem gości nieporównywalnie lepszy. O tym opowiem jednak w swoim czasie. Póki co, pozostaje wystawić trójkę w dziesięciopunktowej skali. Marni MC's zabili tę płytę.

Ocena: 3/10

Kosaaa - Muzyka Ironii

Po słabej epce "W Dobrą Stronę" Kosaaa się nie zniechęcił i postanowił nagrać kolejny album producencki. Wyciągnął jednak lekcje ze swojego poprzedniego materiału, zapraszając na "Muzykę Ironii" lepszych raperów. Niekoniecznie najgłośniejsze ksywki polskiego undergroundu, ale MC's, o których cokolwiek słyszałem, zazwyczaj prezentujący co najmniej znośny poziom.

Na najnowszej płycie producenckiej mieszkańca Wołomina słyszymy chociażby Bonusa, Sosnę, Paskiego, Arskiego, Dapita czy duet Dawajhajs. Najlepiej jednak moim zdaniem wypadli we wspólnym kawałkiem Revo oraz Mełcin, znany przede wszystkim ze swych freestyle'i oraz tego, że wspomaga Racę na jego koncertach, często będąc nie jego hypem, a równorzędnym partnerem na scenie. "Grek" to naprawdę fajny, koncepcyjny utwór – raper z Siemianowic Śląskich udowodnił, iż jego występ na poprzedniej płycie Kosyyy był jedną wielką pomyłką, która jednak nigdy już się nie wydarzy. Poza tym, wyraźnie wybija się kończący "Muzykę Ironii" remix "Magii" Jota. Wrocławianin jest konkretnym zawodnikiem, więc nie powinno to dziwić.

Pod względem beatów producent z Wołomina niczym nie zaskakuje. Przygotował typowe dla siebie, gęsto samplowane podkłady. Żaden z nich nie wyróżnia się w żaden specjalny sposób, wszystkie są jednak na wysokim poziomie i słucha się ich przyjemnie. Można to uściślić w taki sposób, że wprawdzie złego słowa o nich nie powiem, ale moim zdaniem równocześnie nie ma tu czym się zbytnio emocjonować.

I taka jest właśnie cała płyta. Często całkiem niezła, czasem tylko przeciętna. Progres od "W Dobrą Stronę EP" jest jednak mocno zauważalny. To może być dobry prognostyk przed następnym albumem. Myślę, że warto na niego czekać, a póki co sprawdzić "Muzykę Ironii", choć nie spodziewajcie się niczego wielkiego. Mogę jednak zapewnić, że tej płyty nie będzie ani skipować, ani przeklinać.

Ocena: 5+/10

czwartek, 11 czerwca 2009

Proceente & DJ Abdool - T.O.A.S.T. Mixtape

Proceente, jak i cały Szybki Szmal zawsze doceniałem, nigdy jednak jakoś wielce nie lubiłem. Produkcje spod szyldu tej grupy słuchałem raz, a potem odstawiałem w kąt. Rzadko bywało tak jak w przypadku Małego Esz Esza. Z jego "Bez Zabezpieczeń" maksymalnie wkręcił mi się "aż" jeden utwór, a mianowicie "Ukryty Bonus Track", który przypominam sobie co jakiś czas. Nie o Esz Eszu miało jednak być, a o Procencie i jego "T.O.A.S.T. Mixtape", który powstał we współpracy z DJ Abdoolem.

Całość została nagrana oczywiście na kradzionych bitach, co – nie oszukujmy się – jest pewnym standardem. Proceente chwycił za produkcje takich tuzów zza Oceanu jak Pete Rock, J Dilla, DJ Premier czy Hi-Tek. Najlepszy podkład wyciągnął jednak od Mr. J. Medeirosa. Jego "Constance" to prawdziwa perełka. Swoją drogą, bit ten Proceente wykorzystał maksymalnie, dzięki czemu "Odpowiedzialność" to – moim zdaniem – najlepszy utwór z "T.O.A.S.T.-u". Przejścia pomiędzy utworami nie zawsze są stuprocentowo płynne – DJ Abdool mógł się chyba jednak trochę bardziej postarać. Celnym pomysłem było wykorzystanie fragmentów piosenek Stanisława Grzesiuka jako przerywników. Wypada to o wiele lepiej od tradycyjnych skitów, budując specyficzny klimat mixtape’u.

Na płycie, oprócz samego gospodarza, gościnnie pojawia się całe grono raperów. Najczęściej słyszymy – co chyba zrozumiałe - Emazeta. Poza tym, gościnnie przewijają się takie ksywki jak Numer Raz, Mały Esz Esz, Kfiat (Siła Dźwięq), Rudy MRW, Hades i Diox (obaj Hi-Fi Banda). Lista featuringów może jakoś wielce nie powala, ale jak najbardziej zadowala. Wszyscy, wraz z samym Proceentem, nawijają na wielokrotnie wałkowane tematy. Brak oryginalności nie niesie jednak za sobą nudy, za co jak najbardziej trzeba postawić plusa. Duża w tym zasługa gospodarza, który zebrał u mnie sporo punktów za celne i trafne linijki. Swoją drogą, jego wada wymowy bynajmniej już nie irytuje, a dla sporego grona osób może być ona swoistym znakiem firmowym Proceenta.

"T.O.A.S.T." wprawdzie nie powala na kolana, ale za każdym razem słuchałem go z przyjemnością. "Odpowiedzialność" wałkowałem zaś wielokrotnie na przemian ze znakomitym "Constance" Mr. J. Medeirosa. Proceente nagrał naprawdę dobry mixtape i grzechem byłoby przejść obok niego obojętnie. Sprawdźcie, bo warto!

Ocena: 7+/10

Bert Matet - Jazz, Kawa, Rap

Kocham takie niespodzianki. Płyty, po których niczego się nie spodziewamy, które w żaden sposób nie są promowane, które ściągamy legalnie i za darmo, nie wiedząc o nich nic. 1 na 100 takich materiałów okazuje się naprawdę dobry, możemy go słuchać w kółko. Cóż, magia undergroundu. Właśnie takim krążkiem jest – moim zdaniem – "Jazz, Kawa, Rap" duetu Bert Matej.

Już przy pierwszym odsłuchu album skojarzył mi się z epką "Noc" od Gresa i Snatcha. Może przez zachrypnięty głos Berta, a może przez jego czasem zahaczające o poezję teksty? Najprawdopodobniej jednak miały na to wpływ obie te rzeczy. "Jazz, Kawa, Rap" to projekt niewątpliwie ambitny. No, za wyjątkiem gościnnej zwrotki Roki, który już na starcie rzuca dość grafomańskie wersy ("Poeci są jak bletki / Nie ma ich gdy są potrzebni"). Bert to taka gorsza wersja Gresa – równie przepity wokal i nieco słabsze linijki. Drzemie w nim jednak ogromny potencjał, który na następnej płycie może wybuchnąć.

Przy produkcji albumu Matej wykazał się nie lada kunsztem. Wykorzystał on zarówno sample mocno pocięte, jak i te nieco dłuższe. Klimat "Jazz, Kawa, Rap" określiłbym mianem chilloutowego. Niektóre utwory spowite są swego rodzaju mrokiem, jednak nie tak brudnym jak na płytach pokroju "Kwiatów zła" Piha. Na płycie znalazły się też kawałki bardziej żywe, na co najlepszym przykładem jest "Carpe Diem" podszyte dość leniwym, ale bujającym funkiem.

Album "Jazz, Kawa, Rap" pozytywnie mnie zaskoczył. Spodziewałem się kolejnej słabej bądź przeciętnej produkcji wydobytej z undergroundu, a otrzymałem naprawdę dobry materiał zarówno od strony lirycznej, jak i biorąc pod uwagę warstwę stricte muzyczną. Gorąco zachęcam do sprawdzenia krążka i – jeśli się spodoba – do jego zakupu, o ile jeszcze nie wyczerpał się nakład. Ja swój egzemplarz już mam, czas na Ciebie.

Ocena: 7+/10

niedziela, 31 maja 2009

Temate/Henson - Miejski Styl Bycia

Polska scena hip-hopowa zadziwia od lat. W podziemiu siedzi całe grono rewelacyjnych zawodników, zaś na tzw. legalu debiutuje armia słabych raperów, którzy nie posiadają choć w połowie tak dobrych skilli jak wspominani undergroundowi wyjadacze. Niestety, tą smutną prawidłowość potwierdza album "Miejski Styl Bycia" duetu Temate/Henson. To pierwsze legalne wydawnictwo członka wrocławskiego Supa Skillz.

Temate nie udowadnia nam ani przez chwilę, że zasłużył na kontrakt z wytwórnią, a raczej uwydatnia swoje słabości. Co rusz pokazuje nam jak miernym jest raperem. Wrocławianin pisze kiepskie teksty - nie wyróżniają się one niczym, brak w nich oryginalności. Nie znajdziemy też w nich większych popisów technicznych, ani dobrych punchline'ów. Co więcej, Temate nie nadrabia tego flow. Nawija bez większego polotu. Brakuje mu też charyzmy, swoistego "pierdolnięcia". Fakt, są MC's, którzy czegoś takiego nie potrzebują, radzą sobie doskonale. Temate wciąż jednak próbuje udawać charyzmatycznego rapera, a takim najzwyczajniej w świecie nie jest.

Słuchając "Miejskiego Stylu Bycia" najbardziej żal było mi bitów Hensona. Nie należą one do absolutnej, polskiej czołówki, lecz stanowią naprawdę wysoki poziom. Henson przygotował zróżnicowaną pod względem muzycznym płytę. Z jednej strony sporo sampli, jak w przypadku "Porozmawiajmy o tym", gdzie słyszymy zapętlone, soulowe wokale, z drugiej bangery w stylu "Wbijamy w kluby" oraz przebojowe numery pokroju "To Nie Koniec" czy "Brudny Taniec". Naprawdę, lepiej stałoby się, aby te bity Henson podarował innemu członkowi Supa Skillz - Shotowi albo wręcz wykorzystał je na płytę producencką.

Zwłaszcza, że najgłośniejsze ksywki na "Miejskim Stylu Bycia" spisały się bardzo dobrze. Rozczarował właściwie tylko Reno, po którym oczekuję znacznie więcej, zwłaszcza mając w pamięci kilka jego iście kozackich zwrotek. Poza tym nie ma na co narzekać. VNM popłynął wzorowo, zaś Pyskaty zalicza naprawdę rewelacyjne wejście. Narzekać nie ma też co na Jota, poleciał po swojemu, z typowym dla siebie luzem. Tylko dobrze zaprezentował się LaikIke1, znakomite "Level Up" narobiło mi ogromnego apetytu na rap jeleniegórzanina, więc jego zwrotka w "Brudnym Tańcu" pozostawiła po sobie pewne uczucie niedosytu. Złego słowa nie można też powiedzieć o Shocie - słychać od razu, że dobre oceny jego "Origami" nie było przypadkowe.

Kiedy kontrakt podpisze Smarki i Jimson? Obawiam się, że dopóki wytwórnie dalej będą interesować się raperami pokroju Temate, to poczekamy jeszcze długo. "Miejski Styl Bycia" radzę szerokim łukiem omijać, no chyba, że kogoś bardzo interesują całkiem dobre bity Hensona oraz kilka niezły featuringów, za które stawiam plusa. Są lepsze formy spędzania czasu niż słuchanie legalnego debiutu Temate. Odradzam sprawdzania, a tym bardziej kupowania.

Ocena: 3+/10

sobota, 30 maja 2009

Bisz-Kosa - Idąc na żywioł

Muzycy często nie lubią stać w miejscu, nie chcą nagrywać wciąż takich samych płyt i łapią za nowe rozwiązanie i nowe pomysły. Eksperymentują, zmieniają style. Słowem, rozwija się. Nie zawsze zadowoleni są z tego sami słuchacze. Nic dziwnego, w końcu zdarza się i tak, że nasz ulubiony wykonawca porzuca to, za co go lubiliśmy, a proponowane przez niego nowości nie są dla nas aż tak atrakcyjne.

Taki właśnie zawód przeżyłem ostatnio, kiedy to sięgnąłem po najnowszy projekt od duetu Bisz-Kosa. Oczywiście spodziewałem się czegoś, co w dużym stopniu przypominać będzie znakomite "Zimy" sprzed dwóch lat, które spokojnie można ochrzcić pierwszą polską epką meteorologiczną. Wprawdzie "Idąc na żywioł" również jest koncept-albumem, lecz na tym podobieństwa się tak naprawdę kończą.

"Zimy" poznałem w czasie, kiedy przeżywałem sporą fascynację dokonaniami duetu Pezet-Noon. Szybko zauważyłem podobieństwa między Biszem i Pawłem Kaplińskim (głównie pod względem szeroko pojętego stylu). Przez pewien czas kserowanie warszawiaka było po prostu modne. Spore grono podziemnych kotów rapowało jak Pezet. Bisza perfidnym kserem goniącym za modą raczej bym nie nazwał. Inspiracje w jego rapie były wyczuwalne, lecz obecnie chce się odciąć od tych porównań. W kawałku "Dam ogień" nawet wspomina, aby "nie porównywać go do Pezet-Noona". Całe to odcięcie było jednak dość niefortunne.

Bisz zaczął bowiem eksperymentować z offbeatem, moim zdaniem zbyt intensywnie. Przypomina przy tym VNM-a, z tą jednak rożnicą, że raper z Elbląga w bit nie trafiał najprawdopodobniej przez przypadek, a nie celowo jak to czyni współautor "Idąc na żywioł". Według mnie offbeat powinien być tylko urozmaiceniem, a nie główną atrakcją. No ale cóż, Bisz postanowił inaczej, przez co musi się liczyć na gromy ze strony połowy słuchaczy. Z tego co zauważyłem, drugiej połowie pomysł ten się jednak spodobał. Gdyby album wyszedł parę dni temu, to stwierdziłbym, że Bisz dosłownie wziął słowa Solara: "Kontrowersja to narzędzie o dużej mocy / Więc jeśli chcesz być znanym raperem, to bądź VNM-em".

Na całe szczęście, album broni się w momencie, gdy spojrzy się na warstwę liryczną. Ogólnie bardzo spodobał mi się koncept płyty. Każdy z 4 utworów poświęcony jest innemu żywiołowi. Bisz o nich jednak nie opowiada, lecz wykorzystując je, grą słów i skojarzeń przekazuje to, co inny raper zrobiłby w zwyczajny, konwencjonalny sposób. Biorąc pod uwagę treść, aż szkoda, że głównych żywiołów mamy tylko 4, przez co długość materiału raczej nie powala. Jeśli chodzi o stronę stricte muzyczną, to Kosa wykonał dobrą robotę, choć miejscami zdaje się nieco za bardzo eksperymentować.

Nie ulega wątpliwości, że "Idąc na żywioł" srogo się zawiodłem. Sprawę zawalił Bisz, bawiąc się w ten nieszczęsny offbeat. Teksty napisał świetne, szkoda tylko, że nie do końca potrafił je nawinąć. Może jednak znajdą się osoby, którym celowe nie trafianie w bit przypadnie do gustu. Wtedy, "Idąc na żywioł" staje się naprawdę bardzo dobrą płytą. Niestety, ja się nie zaliczam do takiego grona, dlatego też drugiej płycie duetu Bisz-Kosa stawiam szóstkę w skali dziesięciopunktowej, a i to jest chyba trochę na wyrost. No ale przecież nieźle jest, prawda?

Ocena: 6/10

wtorek, 26 maja 2009

Duże Pe + IGS + DJ Spox - Sinus

Swego czasu na polskiej scenie hip-hopowej pojawiło się UMC Records, którego głównymi reprezentantami byli tacy wykonawcy jak Mezo i Ascetoholix. Nie oszukujmy się, wytwórnię tą tworzyli w głównej mierze raperzy może nie tyle słabi, co po prostu lecący na pieniądz. Label ten wspomagał jednak też Duże Pe – MC z zupełnie innej ligi, co chociażby Liber i Doniu. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, a co mi tam, że połowa duetu Cisza i Spokój to prawdziwa czołówka, jeśli chodzi o polski rap. Ostatnio na dobrą sprawę rzadko słyszymy go w konwencji hip-hopowej (pomijając nieliczne featuringi). Na całe szczęście, wciąż możemy zachwycać się jego "Sinusem" z 2004 roku.

Po długogrający debiut Dużego Pe sięgałem dwa razy. Po raz pierwszy jakoś zaraz po premierze, wtedy go nie doceniłem, no może poza kawałkiem z Mezo, w końcu w tamtym czasie byłem nie tylko młody i głupi, ale również śmiało mógłbym nazwać się fanem poznaniaka. Drugi raz po "Sinusa" sięgnąłem w ostatnich tygodniach, a więc wiele dni minęło od momentu, gdy "Aniele" królowało na antenie Radia Eska. Zmądrzałem, zacząłem doceniać bardziej ambitną muzykę. Nie dziwota więc, że niemal od razu album przypadł mi do gustu. Zresztą już wcześniej byłem wielbicielem kolejnych projektów Dużego Pe, w tym chociażby płyty ze Spoxem jako Cisza i Spokój oraz "Obywatelami IV Świata" Masali.

Właśnie mając na uwadze najnowsze produkcje Marcina Matuszewskiego, zdziwiłem się nieco jego flow. Obecnie Pe lubi wręcz wykrzykiwać swoje wersy, co świadczy o swego rodzaju zaangażowaniu. Na "Sinusie" warszawiak nawija spokojniej, wzorowo płynąc po bicie. Nie jest może on najlepszym technikiem w kraju, ale gdzieniegdzie walnie podwójnym jak chociażby w utworze "OGraniczenia" ("Zmienię muzyki świat jak Charlie Parker / Zostawię przy tym ślad jak czarny marker"). Ten sam cytat wyjawia nam kolejną cechę rapu Dużego Pe – gołym okiem widać, że często bawi się on w bragga i to takie nienachalne, na poziomie.

Zwycięzca WBW z 2004 roku nie ogranicza się jednak tylko do wychwalania siebie i swojego rapu i często wchodzi w klimaty niemal poetyckie. Singlowa "Para z Zielonej Herbaty" jest chyba tego najlepszym przykładem. Utwór opowiada bowiem metaforycznie o ulotnej miłości, aczkolwiek również można go spokojnie zaklasyfikować do tematyki przemijania. Swoją poezje kontynuuje chociażby w znakomitym kawałku "ZION", gdzie możemy znaleźć mnóstwo refleksji dotyczących otaczającego nas świata ("Świat uczy brać, jak dać to na boku / Dać w mordę, dać dupy, czy dać sobie spokój"). Warszawiak wykazuje się kunsztem również wtedy, kiedy zabiera się za storytelling. Rewelacyjny numer "Ten Dzień To Dzisiaj?" to moim zdaniem jeden z najlepszych tego typu utworów w historii polskiego hip-hopu. Warto też nadmienić, że połowa duetu Cisza i Spokój potrafi rzucić dobrym follow-upem, co chociażby udowadnia w kawałku "Wiadomość", gdzie nawiązuje do Ostrego ("Miejsce Polska, system… brak systemu").

Na "Sinusa" zaproszonych zostało naprawdę sporo gości. Zazwyczaj pomagają oni Dużemu Pe w śpiewaniu refrenów – zajęli się tym Rahim, Gutek, Maleo i Asia Borecka. O dziwo, nawet wokaliście Indios Brazos wyszło wszystko bardzo dobrze. Gościnnie swoje zwrotki nawinęła trójka raperów. W "Taktowani Werblem Sekund" pojawiają się Emil Blef i Eldo – ich pracy chyba komentować nie muszę, w końcu są oni klasą samą w sobie. W "Naszym życiu" słyszymy natomiast Mezo. O ile tekstowo jego zwrotka stoi na niezłym poziomie, o tyle stylowo znacznie odstaje od Dużego Pe. No cóż, to było akurat do przewidzenia.

Za produkcję albumu odpowiada IGS. Nie wiem czemu, ale zawsze kojarzyłem tego beatmakera z dość siermiężnymi i sztampowymi podkładami. Słuchając "Sinusa", zreflektowałem się jednak, że było to całkowicie błędne, a wręcz absurdalne wyobrażenie. IGS komponuje naprawdę dobre, różnorodne bity oparte na ciekawych samplach. Nie są to może jakieś niezwykle nowatorskie produkcje, ale na pewno pomysłowe. Oprócz tego, swój udział w powstaniu "Sinusa" miał również DJ Spox. Scratche i cuty w jego wykonaniu to pierwszorzędna robota, aczkolwiek mam wrażenie, że jego potencjał znacznie bardziej został wykorzystany na debiutanckim krążku duetu Cisza i Spokój.

Powiedzmy to sobie szczerze, "Sinus" to klasyk. Duże Pe jest świetnym raperem, a na tej płycie w dodatku wszechstronnym. Znakomite flow, rewelacyjne teksty, mocne bity oraz doskonałe scratche i cuty – tak właśnie wygląda debiut warszawiaka. Aż dziw bierze, że tak wyśmienitą płytę wydało żenujące UMC Records, które – nie ma co się oszukiwać – zawsze kierowało się raczej potencjalnym zyskiem, a nie jakością danego krążka. Zachęcać dalej już nie mam zamiaru, bierzcie się za "Sinusa" bo to naprawdę absolutna rewelacja. No i musicie wiedzieć, że album ten nabyć można już za 10, jak nie 5 złociszy.

Ocena: 9+/10

poniedziałek, 25 maja 2009

Trzeci Wymiar - Złodzieje Czasu

Swego czasu uprzedziłem się do Trzeciego Wymiaru. Zresztą nie byłem w tym odosobniony, wiele osób przekreśliło grupę, zaraz po tym jak usłyszało przebój "Dla Mnie Masz Stajla", który bynajmniej nie grzeszył mądrą treścią. Z raperów z Dolnego Śląska śmiali się inni przedstawiciele polskiej sceny, w tym chociażby Wankej. Takie postawienie sprawy było jednak sporym błędem. Trzeci Wymiar ponoć udowodnił swoją wartość już wcześniej, jednak wydaję mi się, że dopiero teraz ją przypieczętował dwupłytowym albumem "Złodzieje Czasu".

Nullo, Szad i Pork uprawiają znakomity, techniczny rap. Jeśli chodzi o styl, to bez wątpienia cała trójka zalicza się do absolutnej, krajowej czołówki. Nawijają niezwykle dynamicznie - pod tym względem nie mają chyba w Polsce konkurencji. Wprawdzie do głowy przychodzą mi takie ksywki jak O.S.T.R. i Ten Typ Mes, lecz wydaję mi się, że nawet oni nie potrafili by dotrzymać tempa Trzeciego Wymiaru. Oczywiście "Złodzieje Czasu" nie opierają się tylko i wyłącznie na szaleńczej szybkości nawijki. Warto przy tym dodać, że dolnośląscy raperzy nie dość, iż mają spore umiejętności, to wydają się przy tym nie kserować nikogo.

Trzeci Wymiar traci na oryginalność, kiedy przyjrzymy się treści poszczególnych utworów. Dominują tematy raczej wielokrotnie wałkowane, przez co Szad, Nullo i Pork tak naprawdę niczym nie zaskakują. Odkrywczo wprawdzie nie jest, ale to przecież nie wyklucza tego, aby było dobrze. Trio świetnie sprawdza się w konwencji bragga, w której niezwykle pomagają im wcześniej wspominane, ogromne umiejętności. Równocześnie, Trzeci Wymiar próbuje nowych pomysłów, do jakich niewątpliwie można zaliczyć singiel "Złap za broń", mocno inspirowane muzyką reggae, co wyczuwalne jest właściwie, niczym w teleturnieju "Jaka to melodia", od usłyszenia pierwszej nuty utworu. Swoją drogą, jest to dla mnie najlepszy utwór ze "Złodziei Czasu", choć utrzymany - co chyba zrozumiałe - w nieco innym duchu niż reszta albumu. W parzę z dobrym konceptem, idzie mocny tekst, który krąży wokół tematyki podejmowanej swego czasu przez Grammatik w "Nigdy Więcej" czy Vavamuffin w "Poor People".

Innym trafionym pomysłem jest bez dwóch zdań skit "Siedem dni". Gościnnie w nim słyszymy beatboxera, posługującego się ksywką Zgas i właśnie wokół wytwarzanych przez niego dźwięków kręci się cały kawałek. Jeśli już przy skitach jesteśmy, to warto wspomnieć o "Hejterze", który w niezwykle celny sposób przedstawia pewną grupę ludzi, sławiącą się pisaniem na forum znanego wszystkim "portalu z kreską". Należy też powiedzieć o featuringach, których wprawdzie nie ma za wiele (i bardzo dobrze, bo to w końcu płyta Trzeciego Wymiaru), ale jak już się pojawiają, to - trzeba to przyznać - są konkretnie. Fokus, któremu w ostatnim czasie forma strasznie opadła, tym razem spisał się naprawdę dobrze. Oprócz tego wypada zwrócić uwagę na Headdy z Czech oraz 2 anglojęzyczne featy, tj. Bagi i Noo Age. Nawiasem mówiąc, mam nieodparte wrażenie, że jeden z członków Trzeciego Wymiaru w numerze "Wojna wolnych ludzi" nawija właśnie po angielsku (a może to tylko podobny głos?). Od razu zacząłem marzyć o polskim składzie hip-hopowym z popularnością na miarę szwedzkiego Looptroopu.

Od strony producenckiej "Złodzieje Czasu" prezentują się naprawdę dobrze, aczkolwiek przy żadnym numerze nie spadła mi czapa z głowy z wrażenia (no, może jedynie przy "3W vs. Kut-O"). Mocno uogólniając, bity są podpasowane pod dynamiczny, techniczny styl Trzeciego Wymiaru. Za album odpowiada dwóch producentów, każdy z nich prezentuje swój warsztat na innym krążku. I tak cedek nr 1 przypadł Creonowi, zaś za "dwójkę" odpowiedzialny jest Kut-O. Obaj panowanie posiadają zbliżony poziom. Jeśli miałbym jednak wyrokować nad wyższością jednego krążka nad drugim, to chyba wskazałbym na płytę oznaczoną cyfrą 2, co raczej jednak jest zasługą samego Trzeciego Wymiaru, a nie producenta. Swoją drogą, dobrze się stało, że kawałki podzielone zostały między cedekami własnie w dość wyważony sposób, co niestety nie udało się Pihowi na jego "Kwiatach Zła".

Tak jak nie powinno się oceniać książki po okładce, tak samo nie wolno skreślać twórczości danego zespołu na podstawie jednego singla z przeszłości, który zapewne w założeniach miał być głównie pastiszem, nagranym tylko i wyłącznie dla żartu. (no dobra, nie do końca w to wierzę) Twierdzenie to potwierdza Trzeci Wymiar swoimi "Złodziejami Czasu". Jest to dobra i mocna płyta, która pewnie będzie wymieniana w wielu końcoworocznych podsumowaniach. Ode mnie dostaje siódemkę z plusem. Byłoby więcej, gdyby Nullo, Pork i Szad częściej gościli w moim odtwarzaczu. Zachęcam do zakupu i gorąco polecam, warto sprawdzić.

Ocena: 7+/10

sobota, 23 maja 2009

Promoe - White Man's Burden

Jak dotąd wypowiadałem się na temat poszczególnych projektów Promoe w samych superlatywach. Jakiś czas temu usłyszałem "White Man's Burden" i – szczerze mówiąc – mocno się zawiodłem. Oczekiwałem czegoś na miarę "The Long Distance Runner", a otrzymałem płytę nieporównywalnie słabszą – nie tyle tragiczną, co po prostu mocno średnią.

Początek albumu nie zwiastuje jeszcze tej przeciętność. Krążek bowiem dość leniwie zaczyna się numerem "Up" na znakomitym bicie od DJ Large'a. Dalej niestety jest już gorzej. Przede wszystkim kuleje strona stricte muzyczna. Za dużo tu moim zdaniem dancehallu i nowoczesnych dźwięków. O wiele bardziej wolę Promoe na bardziej – nazwijmy to – looptroopowych bitach z takich klasyków jak "Fort Europa" i "The Struggle Continues". Sam Szwed na ogół daje radę. Tylko co z tego, jeśli przez brzmienie, które – lekko mówiąc – nie przypadło mi do gustu, słuchanie Mårtena Edha nie należy bynajmniej do przyjemności.

Na dobrą sprawę tylko wspomniane "Up" trzyma wysoki poziom. O reszcie nie warto nawet wspominać. Za sprawą featuringów wyróżniają się dwa utwory – "Eurotash" oraz "Identity Cisis". W pierwszym z nich pojawia się Francuz Leeroy (Saïan Supa Crew), natomiast w drugim – Niemiec Nosliw. Poza tym, ciężko wskazać coś bo by się w jakikolwiek sposób wybijało. Może "Long Sleeves in the Summer", "Headache" albo "In the Morning"? Nie, chyba jednak nie.

Promoe mnie strasznie mocno rozczarował. Mam głęboką nadzieję, że już po raz ostatni i że w swojej karierze nie będzie już nagrywał tak przeciętnych płyt. Szwed w końcu nie jest w żadnym wypadku przeciętnym raperem, lecz zrobił ogromny błąd pokazując szerszej publice "White Man's Burden". Jeśli nie czaisz fenomenu Promoe, to nie utwierdzaj się w swoim negatywnym nastawieniu do członka Looptroop Rockers i nie sprawdzaj tej płyty. W momencie, gdy natomiast cenisz Mårtena Edha to tak czy siak nie bierz się za ten album, bo to tylko strata czasu. No chyba, że posłuchasz tylko pierwszego utworu.

Ocena: 4+/10

piątek, 22 maja 2009

Junior Stress - L.S.M

Największe gwiazdy polskiego reggae, poza drobnymi wyjątkami, w 2008 roku dały – moim zdaniem – ciała. Tacy wykonawcy jak Mesajah, Jamal, Izrael i EastWest Rockers spisali się poniżej moich oczekiwań, o czym pisałem już niejednokrotnie. Spodziewałem się, że rodzime reggae stanie na nogi w tym roku, choć szczerze mówiąc kalendarza premier poszczególnych albumów nie znałem, posługiwałem się więc głównie swoją intuicją. Póki co, jest ona wręcz niezawodna. W okolicach końca marca zadebiutował Junior Stress. Na półkach sklepowych pojawiło się wtedy jego "L.S.M".

Mówienie o Junior Stressie jako o debiutancie jest jednak mocno krzywdzące, w końcu działa on już na scenie od dłuższego czasu. Często gościł na u innych artystów. Czasem miałem nawet wrażenie, że pojawiał się on na połowie ważnych krążków z gatunku w ostatnim czasie. Na featuringach radził sobie naprawdę dobrze, a "L.S.M" tylko udowodnił, że jak nikt z reprezentantów polskiego reggae zasługiwał na longplay. Ale nie uprzedzajmy faktów i zacznijmy od początku.

Junior Stress zdaje się być doskonałym obserwatorem i komentatorem rzeczywistości. Dokładnie to potwierdził w trzech pierwszy utworach na swoim albumie. Przytacza w nich wiele historii, inspirowanych tym, co zobaczył na LSM-ie, czyli dzielnicy Lublina, na której się wychował. Swoje trafne spostrzeżenia kontynuuje w jednym z lepszych utworów na płycie, a mianowicie w "Nie po to, by łapać słońce", gdzie wypowiada się na jakże popularny w ostatnim czasie temat emigracji zarobkowej. Celne komentarze można odnaleźć również w "Plotkach" oraz kawałku anty-policyjnym, który jednak nie kipi nienawiścią do mundurowych jak w przypadku Hemp Gru. Negatywne nastawienie jest tu jednak uargumentowane. W sposób wystarczający? To pozostawiam już Waszej ocenie. Znakomicie odebrałem również "Jego Ego" – piosenka promująca bycie sobą, o czym współcześni ludzie często zapominają. Tu też padają słowa "Chciał robić roots, a wyszło mu disco", co wg mnie spokojnie można odnieść do niektórych polskich wykonawców reggae.

Niestety, nie przypuszczam, aby ten wers odnosił się do artystów wspominanych na samym początku tej recenzji. "L.S.M" kończy bowiem (nie liczę w tym momencie miernego remiksu numeru tytułowego) utwór "Sound System", w którym przewija się połowa polskiej sceny. Słyszymy m.in. Natty’ego B, EastWeset Rockers, Frenchmana (Jamal), Pablopavo (Vavamuffin), Grubsona, Bas Tajpana, Bob One’a, Marikę i Mista Pitę. Pomysł na kawałek przedni, choć oczywiście lepiej byłoby, gdyby każdy z wyżej wymienionych nagrał coś konkretnego, a nie pojedyncze wersy bez żadnego przesłania. Niemniej, miło usłyszeć tylu znakomitych muzyków w jednym kawałku.

Junior Stress nie tylko pisze świetne teksty i ma znakomite kontakty, ale również posiada spore możliwości. Potrafi śpiewać bardzo melodyjnie, co szczególnie lubi wykorzystywać w całkiem dobrych lovesongach ("Znam ten stan", "Miłość Jedna"). Junior znakomicie odnajduje się też w bardziej rytmicznych piosenkach, a ponadto znakomicie umie poderwać z siedzenia, czego najlepszym dowodem są dancehallowe "Kroki".

Początkowo do "L.S.M" podchodziłem sceptycznie. Przesłuchem jeden raz, potem drugi i szybko mi się spodobało. Junior Stress okazał się nie tylko dobrym gościem, ale również znakomitym gospodarzem. Mam ogromną nadzieję, że mieszkaniec Lublina dalej będzie się tak rozwijał i w następnych latach uraczy nas równie dobrymi krążkami. Póki co, wydaje mi się, że jego "debiut" to obecnie murowany kandydat do zwycięstwa w kategorii "Najlepsza, polska płyta reggae 2009". Nie pogniewałbym się jednak, jakby w najbliższych miesiącach przybyło jej trochę konkurencji. "Zapraszam w podróż z Juniorem Stressem"!

Ocena: 8/10

czwartek, 21 maja 2009

Damian Marley - Welcome To Jamrock

Bob Marley pozostawił po sobie nie tylko masę niesamowitej muzyki, ale również całą rzeszę uzdolnionych synów. Największą karierę zrobił chyba Damian Marley, który w 2005 roku wypuścił znakomity album "Welcome To Jamrock". Na krążek zwróciłem uwagę właśnie ze względu na wyczyny Boba, którym wprawdzie nigdy się jakoś wielce nie zachłysnąłem, ale zawsze uważałem go za wielkiego artystę. Damian zdaje się iść w ślady ojca.

"Welcome To Jamrock" to odpowiednio wyważony krążek – wybuchowa mieszanka reggae, dancehallu i rapu, ze sporą przewagą tych dwóch pierwszych gatunków. Płyta przez większość czasu podrywa z krzesła – nogi same zaczynają chodzić, zaś głowa buja się w rytm utworu. Warto przy tym zaznaczyć, że zdarzają się jednak kawałki wolniejsze, takie jak chociażby "Pimpa's Paradise", oczywiście nadal miłe dla ucha. Riddimy jakie znajdują się na najważniejszej płycie Damiana Marleya to prawdziwe perełki. Saksofonu z piosenki "Beatiful" nie zapomnę chyba nigdy.

Album wprawdzie nie kipi od featuringów, lecz pojawia się paru gości i - moim zdaniem - każdy z nich pokazał klasę. Najczęściej, bo w aż 5 utworach słyszymy innego z Marleyów, Stephena. Chyba nie ulega wątpliwości, że w duecie ze swoim bratem radzi sobie wyśmienicie. Doskonale spisał się też Black Thought, MC znany z The Roots. Jeśli już przy raperach jesteśmy, to nie można zapominać o Nasie, który – moim zdaniem – jest najmocniejszym punktem "Welcome To Jamrock". Wprawdzie to kawałek tytułowy okazał się największym, komercyjnym hitem, lecz moim zdaniem dużo lepszym singlem okazało się "Road To Zion", właśnie z udziałem Nasira. Niezwykle wkręcający się w głowę riddim połączony z dobrym tekstem oraz naprawdę mocną, gościnną zwrotką mieszkańca Nowego Jorku. Takie właśnie powinny być efekty współpracy między raperami a wykonawcami reggae. Brawo Damian, brawo Nas! I jak tu się nie cieszyć, że wspólna płyta obu panów już na dniach, bo jeszcze w czerwcu bieżącego roku?

"Welcome To Jamrock" zawsze słucha mi się bardzo przyjemnie. Na płycie jednego z Marleyów znalazło się kilka piosenek, które wałkować mogą niemal nałogowo (z mistrzowskim "Road To Zion" na czele). Co więcej, album broni się też jako całość. Myślę, że jest to jedno z lepszych komercyjnych wydawnictw, jeśli chodzi o muzykę reggae, w ostatnich latach. Sprawdźcie dzieło Damiana M., naprawdę warto.

Ocena: 8/10

środa, 20 maja 2009

Edo Maajka - Balkansko A Naše

Edo Maajka to mieszkający w Chorwacji bośniacki raper. Jest jedną z ważniejszych osobistości na tamtejszej scenie hip-hopowej. Na koncie ma 6 płyt, czyli - bądź co bądź - liczbę dość pokaźną. W moje ręce nieco przypadkowo trafiło "Balkansko A Naše" Zakładam, że jeśli ten album dotarł nawet do polskich słuchaczy, to musi być to chyba najpopularniejszy krążek tego artysty.

Zacznijmy od tego, że nie mam zielonego pojęcia w jakim języku Edo Maajka nawija. Czy w bośniackim, żeby rozumieli go jego rodacy, czy może w chorwackim, co też wydaje się logiczne. Pod względem marketingowym, oba rynki są chyba na porównywalnym poziomie, każde z tych państw zamieszkuje bowiem mniej więcej taka sama liczba ludności. Pewnym jest natomiast to, że nie rozumiem treści, które Edo Maajka chce przekazać słuchaczom. Nie znam przecież ani chorwackiego, ani bośniackiego. Niby są to języki słowiańskie, lecz wystarczy posłuchać parę minut, aby się przekonać, jak bardzo różnią się one od polskiego, czeskiego bądź słowackiego.

Jako, że treści przyswoić w żaden sposób nie mogłem, zajmijmy się całą resztą. "Balkansko A Naše" jest krążkiem bardzo zróżnicowanym pod względem brzmienia. "Intro" skojarzyło mi się z jakimś Guralem i obawiałem się, że w takim stylu utrzymana będzie cała płyta. Na dobrą sprawę tego typu bitów nie ma jednak za wiele, podobnie wypada jeszcze "Volim Te", które jednak bardziej przypomina mi słowacki Kontrafakt. Oprócz tego znajdziemy jednak trochę jazzowych sampli, o czym może chociażby świadczyć tu i ówdzie przewijające się pianino w tle. W klimacie disco utrzymany jest "Ovaj Ritam Volim" – buja aż miło, przy czym wszystko brzmi żywo i pełnie, a nie plastikowo. Najbardziej upodobałem sobie jednak numer "Ove Godine Slavim", gdzie wykorzystano naprawdę mocny, funkowy bit. Kończąc ten wątek, warto dodać, że Edo Maajka często raczy nas brzmieniem prawdziwej perkusji, co mi się - nawiasem mówiąc - bardzo podoba.

"Balkansko A Naše" to bez wątpienia naprawdę dobry materiał, lecz zabrakło mu nieco przebojowości, aby przykuć moją uwagę na nieco dłużej. Świetnie się go słucha raz na jakiś czas, ale nie znalazłem na nim żadnego hitu, który częściej by mnie przyciągał. Muzycznie jest naprawdę super, zwłaszcza jak na tak egzotyczne kraje jak Chorwacja i Bośnia. Może bardziej bym docenił pracę Edo Maajka, gdybym go po prostu rozumiał? Ciężko powiedzieć. Póki co, polecam album wszystkim ciekawskim. Teraz to już mogę tylko zastanawiać się, jaki dziwny kraj wybiorę następnym razem.

Ocena: 7/10

Bas Tajpan & Miuosh - Fandango Gang

Czasem zdarza się tak, że raperzy zapraszają na swoje płytę wykonawców reggae. Podobny deal odbywa się zresztą w drugą stronę. Żeby nie szukać daleko, tacy Vienio i Pele byli na krążku Maleo Reggae Rockers. Innym ciekawym zjawiskiem jest chociażby duet Nasa i Damiana Marleya, którzy od współpracy na potrzeby jednego numeru przeszli do zapowiedzianego na czerwiec tego roku albumu. Co ciekawe, taka szerzej zakrojona kooperacja na pograniczu rapu i reggae zdarzyła się także w Polsce.

Kilka miesięcy temu Bas Tajpan i Miuosh, autor całkiem niezłych "Projekcji", wypuścili swój pierwszy wspólny materiał, zatytułowany "Fandango Gang". Szczerze mówiąc, byłem bardzo zdziwiony faktem powstania takiego duetu. O ile Bas Tajpan był wcześniej dla mnie postacią niemal anonimową (kojarzyłem ksywkę, lecz nie słyszałem jego dokonań), o tyle Miuosha znałem bardzo dobrze i wydawało mi się, że daleko mu właśnie do takich klimatów. Przejdźmy jednak do konkretów.

"Fandango Gang" jest dość różnorodne. Nie dominuje tu reggae, czego się obawiałem. Znalazło się też miejsce dla rapu, choć nie w takiej ilości, jak tego sobie bym życzył. O wiele bardziej podoba mi się część, za którą odpowiada Miuosh – raper bez wątpienia mający całkiem wysokie umiejętności. Jego solowe "Ciepło" to moim zdaniem najlepszy kawałek na płycie. Wydaję mi się, że potencjał Ślązaka nie został do końca wykorzystany. Na "Fandango Gang" nawija on stanowczo za rzadko.

Reggae wprawdzie nie dominuje, ale jest go na pewno więcej. O, przepraszam. Nie reggae, tylko dancehall. Niektórzy pewnie znają mój stosunek do tego rodzaju muzyki. Album zajeżdża trochę plastikiem, występuje na nim dużo dźwięków mnie odrzucających. Do tego wokal Bas Tajpana wciąż poddawany jest jakimś efektom, co po prostu nie brzmi do końca dobrze. Co ciekawe, ta muzyczna ułomność nie idzie w parze ze słabymi tekstami. Owszem, żaden z utworów na "Fandango Gang" nie powalił mnie pod względem lirycznym, ale na ogół Bas Tajpan, a zwłaszcza Miuosh rzucają co najmniej znośne, a najczęściej po prostu dobre wersy.

W muzyce liczą się dla mnie przede wszystkim dźwięki. Tutaj pod tym względem jest bardzo słabo. Coś tam buja, ale na dłuższą metę tego plastiku słuchać nie potrafię. Treść wydaje się już lepsza, ale co z tego, skoro brzmienie na ogół mnie odrzuca? Wiem, że teraz pewnie posypią się w moją stronę kamienie i różnego rodzaju, mniej lub bardziej poparte faktami, oskarżenia skierowane przez fanów muzyki reggae, ale wydaję mi się, że właśnie czwórka w skali dziesięciopunktowej jest oceną adekwatną. Słabe, nie ma sensu sprawdzać.

Ocena: 4/10

wtorek, 19 maja 2009

Kult - Gdy nie ma dzieci

Choć poznawanie twórczości Kazika Staszewskiego rozpocząłem od "Melassy" w 2000 roku, to lider Kultu zaistniał w mojej świadomości już nieco wcześniej. Wszystko zaczęło się od pierwszego, wielkiego i komercyjnego hitu pana na K, a mianowicie "12 groszy". Leciało to wszędzie, więc nawet taki brzdąc jak wówczas ja, musiał to kojarzyć. Kilkanaście miesięcy później powstał chyba największy przebój Kultu (co wcale nie oznacza, że najlepszy) – piosenka "Gdy nie ma dzieci". Tak się jakoś złożyło, że w ostatnim czasie stałem się posiadaczem maxisingla pod tym samym tytułem.

Kawałek "Gdy nie ma dzieci" występuje tu w 4 wersjach. Z miejsca pomijam zwykłą, tą każdy przecież zna. Wersja "więcej gitary" różni się od oryginału niewiele, jak sama nazwa wskazuje mamy w niej tylko więcej wiosłowego rzępolenia. Spore rozbieżności słychać już w "Chorwacja – Niemcy 3:0 RMX". Dodano w niej chociażby wiele efektów, chociażby echo, żeby daleko nie szukać. Oprócz tego pobawiono się nieco głosem Kazika. Na koniec zostawiłem "Techno mix”" Jeśli spodziewacie się kawałka nadającego się do wiejskiej remizy, to niestety muszę Was zaskoczyć. Muzyki techno tu nie znajdziecie. Ogólnie rzecz biorąc ta wersja jest nieco podobna do "Chorwacja – Niemcy 3:0 RMX". Tu również bawiono się efektami, choć mam wrażenie, że robiono to chętniej, przez co Kult uzyskał jeszcze bardziej popieprzone dźwięki.

Na maxisinglu pojawia się też niepublikowany wcześniej utwór, a mianowicie "Głupi Włodziu", który raczej żadnym wielkim sukcesem Kazika nie jest, ponieważ tekst wyszedł mu zupełnie bez ikry. Ponadto, mamy jeszcze mało wyrazisty remix "Kto wie" autorstwa Krisa oraz "Idź przodem" zgrane na jakiejś próbie.

Jak to zwykle bywa z tego typu wydawnictwami, maxisingiel "Gdy nie ma dzieci" to raczej gratka dla fanów i nic więcej. Na dobrą sprawę nie ma tu jednak nic, co przykułoby moją uwagę. Wydaję mi się, że Kazik miewał lepsze maxisingle – było na nich więcej nowych utworów oraz występowały ciekawsze wersje znanych kawałków. Sprawdzać więc tego materiału raczej nie warto. No chyba, że jesteś tak wielkim fanem Staszewskiego jak ja.

Ocena: 4/10

poniedziałek, 18 maja 2009

Sekaku - Zła Karma

Jednym z najciekawszych wydarzeń polskiej sceny muzycznej z 2007 roku były moim zdaniem 2 debiutanckie materiały od Sekaku – muzycznego kolektywu, wykonującego mieszankę rapu z ostrzejszym graniem. Od strony stricte muzycznej na pewno nie było to żadne wirtuozerstwo – ot, przyjemne rzępolenie gitar połączone z naprawdę niezłym waleniem w zestaw perkusyjny. Ponad wszystko wybijał się jednak Mielzky – autor znakomitych tekstów oraz raper, który doskonale odnalazł się w innej niż dotychczas stylistyce. Przez rok o Sekaku było cicho. Zespół wreszcie powraca ze swoją trzecią epką. Już we wstępie mogę powiedzieć, że "Zła Karma" jak najbardziej spełniła moje oczekiwania.

Materiał wydaje się być nieco ostrzejszy od poprzednich płyt z repertuaru Sekaku. Ogólnie rzecz biorąc te 6 nowych kawałków brzmi po prostu lepiej od wcześniejszych dokonań Mielzky'go i spółki. Nie wiem na ile to zasługa swoistej poprawy warsztatu, a na ile lepszego sprzętu, urządzeń nagrywających i korzystniejszego masteringu. Mocy w dwóch utworach dodaje niejaki Golas z zespołu Lont. Jego głos brzmi dosłownie fenomenalnie. Chłopak idealnie wpasował się w refreny, które wypadają tak jak wypaść powinny – Mielzky nie potrafi się wydrzeć w ten sposób, a w tych piosenkach krzyk buduje klimat.

Jeśli już wywołujemy rapera współpracującego swego czasu z BennCartem, a obecnie nagrywającego płytę z Patr00, to trzeba coś powiedzieć odnośne jego roli na "Złej Karmie". Wielu słuchaczy już pewnie zauważyło, że w tekstach Mielzky'ego dominuje pesymizm, choć niektórzy z kolei mogą powiedzieć, iż to tylko tzw. "trzeźwe spojrzenie na świat". Najlepiej o tym świadczą wersy chociażby rzucone w utworze "Wszystko prysło", który pojawił się na longplayu "Nic się nie dzieje" Ortegi Cartel. Mam tu przede wszystkim na myśli linijkę "Wierzymy w lepszą przyszłość, ale jej i tak nie będzie" – moim zdaniem jeden z wyraźniejszych przykładów na pesymizm Mielzky'ego.

O tym, że współautor "Umrzeć w super butach" raczej nie przywykł do wesołych tekstów już wiemy. A czym nas konkretniej uraczył nas na "Złej Karmie"? Przede wszystkim znakomitą historią z singla "Zamykam Oczy" o narkotycznej miłości, która nie kończy się – lekko mówiąc – najlepiej. Do gustu bardzo przypadł mi też kończący epkę utwór "Co z tego". Tutaj przede wszystkim szybko wyłapałem mnogość pytań retorycznych, których styl przypomina mi piosenkę "Marność" Kultu. Swoją drogą wydaję mi się, że teksty Staszewskiego mają nie taki znowu mały wpływ na twórczość Mielzky'ego, bowiem trochę z Kazika odnajduję również w kawałku "W nie mojej wojnie" (zalatuje on chociażby "Świadomością"). Inna sprawa, że przecież nie tylko lider Kultu wykonywał utwory o takiej tematyce, więc moje rozważania mogą być całkowicie nie poparte faktami.

"Zła Karma" – jak wspominałem - spełniła moje oczekiwania. Zawsze musi być jednak jakieś "ale". W tym wypadku minusów jest w sumie niewiele, niemniej występują. Mam wrażenie, że dostarczona w moje ręce wersja przedpremierowa posiada poważny mankament – otóż wokal Mielzky'ego wydaje się być nagrany stosunkowo za cicho w porównaniu do całego instrumentarium. Poza tym spore uczucie niedosytu sprawia długość materiału. Chciałoby się od Sekaku wreszcie coś dłuższego. W moich oczach zaistniał Golas, czyli wokalista, który śmiało mógłby wstąpić do zespołu i spełniać podobną rolę co Marek Dulewicz w Bakflipie, tj. śpiewać (wrzeszczeć?) w refrenach. Swoją drogą, członek kapeli Lont posiada moim zdaniem ciekawszy od łodzianina tembr głosu.

Ze "Złą Karmą" jest tak, że raczej nie przypadnie do gustu ona hip-hopowym ortodoksom, którym łączenie rocka z rapem niezbyt się podoba. Otwarte umysły, nie szufladkujące zespołów na poszczególne gatunki na pewno znajdą tu coś dla siebie. Najnowsza epka Sekaku jest bardziej dopracowana od dwóch ostatnich. Wydaję mi się jednak, że trochę mniej przebojowa od "Greatest Hits", czego kompletnie nie potrafię już wytłumaczyć. Mimo tego, "Złą Karmę" trzeba wręcz polecić, w końcu to wciąż bardzo dobra płyta, zarówno od strony czysto muzycznej, jak i lirycznej. Mnóstwo rewelacyjnych albumów musiałoby wyjść, abym nie umieścił trzeciego materiału od Sekaku w swoim końcoworocznym zestawieniu.

Ocena: 8/10

PS W powyższej recenzji zabrakło oceny tego, co nie zostało mi udostępnione przed premierą, a mianowicie bonusowego numeru z LaikIke1 oraz opisu wydania (kosmicznego i oryginalnego w zapowiedziach) albumu. Gdy obie te rzeczy wpadną w moje łapska, na pewno nie zapomnę o nich wspomnieć.

niedziela, 17 maja 2009

Słoneczny Solar - Na Fali

"Nagrać mixtape w tydzień" - z taką myślą wyskoczył niedawno Te Tris, po czym zmiótł całą polską scenę swoim "Stick2MyNameRight". Z podobnego założenia wyszedł Solar, raper na pewno mniej znany w środowisku niż MC z Siemiatycz. Warszawiaka mogliśmy poznać przy okazji ciepło przeze mnie przyjętego "Kwadrans EP". Niektórzy go za pewne kojarzą z bitw freestyle'owych, w których uczestniczy z powodzeniem. O ile Te Tris nagrał swój mixtape w tydzień, to już Solarowi zajęło to niemal 3 tygodnie. Reprezentant WieszOCoChodzi zamknął usta całej scenie, kolega SoulPete'a nawet chyba nie miał takiego zamiaru. Porównanie "Na Fali" do "Stick2MyNameRight" tak naprawdę mija się jednak z celu, dlatego uczyniłem to właśnie po raz ostatni.

Można powiedzieć, że Solar jest MC jakich w Polsce wielu. Jego rap cechuje luźne podejście oraz całkiem spora ilość punchline'ów - jak widać nic nowego. Solara wyróżnia jednak to, że w swoim mało oryginalnym stylu prezentuje się naprawdę dobrze. Po bicie płynie bez jakiegokolwiek zająknięcia, co przecież często nie wychodzi raperom z dużo dłuższym stażem. Pod względem treści jest różnie. Wprawdzie nie znalazłem linijek beznadziejnych, lecz za to obok wielu przechodziłem dość obojętnie. Równocześnie zwróciłem uwagę na kilka wersów, które najprawdopodobniej pozostaną w mojej pamięci. Pod tym względem moim zdaniem króluje numer "Każdy coś". Solar zarzeka się tu, że nie ma żadnych większych planów na przyszłość. Sam nie wiem co chcę robić w życiu, może więc dlatego, tak upodobałem sobie ten utwór? No i jeszcze właśnie w tym kawałku padają słowa: "Nie wiem na chuj to bierzmowanie / Bo na kościół i wiarę mam wyjebane / Tak samo na tych, co mają niby bozie w sercu / A kościół w chuju i tak staną na kobiercu". Tak, właściwie to się chyba utożsamiam z Solarem z "Każdy coś". Czy już pisałem, że lubię odnajdywać w rapie siebie, czegoś co doskonale rozumiem i z czym się zgadzam? Jeśli nie, to robię to teraz.

Ciekawie prezentuje się też numer "PPP", traktujący o negatywnych skutkach Internetu. Tutaj dla odmiany Solar rzuca jakże prawdziwe: "Dalej Fotka / Tam już nie mam konta / No dobra, mam takie, żeby czasem poprzeglądać". W tym utworze pojawia się gość specjalny, jakim jest Gracjan Roztocki. Szczerze mówiąc nie jestem wielkim zwolennikiem "muzyki dla zbity", raczej mnie to nie bawi, dlatego też nigdy nie polubiłem projektu The Bils. Śmieszny ma być też miejscami "Kalkulator" i również mnie nie rusza. Zostawmy jednak to w spokoju, na całe szczęście "zbity" jest tak naprawdę niewiele. Podobać się może za to follow-up rzucony w kończącym płytę "Skończ". Nawiązanie całkiem świeże, bo z najnowszej płyty Mesa: "Diss mówi mi to coś / Beef mówi mi to coś / A Freeze wiem kurwa jak rapował ten gość".

Na płycie oprócz Solara usłyszymy też rap TrzySzesc oraz Białasa - w obu przypadkach featy wyszły całkiem dobrze, lecz zarazem nie odnoszę wrażenia, żeby gospodarz został zjedzony. "Na Fali" powstało na kradzionych bitach. Może to wstyd, ale szczerze z producentów, od których warszawiak pożyczył podkłady kojarzę tylko Alchemista. Kenn Starr, Khrysis czy DJ Muro są już dla mnie postaciami anonimowymi.

Premiera "Na Fali" już jutro. Miałem okazję mixtape otrzymać przedpremierowo i uważam, że warto go będzie ściągnąć z sieci, gdy tylko się pojawi. Nie jest to klasyk, ale dobra płyta na pewno. Pewnie nie wszystkim się spodoba, ale odkąd dowiedziałem się, że można nie lubić sernika, to nie uwierzę już w żadną rzecz, która każdemu przypadnie do gustu. "Na Fali" to 20 minut dobrej muzyki. Kawał pierwszoligowego (acz nie ekstraligowego) rapu już od jutra do pobrania z profilu Solara na MySpace.

Ocena: 7/10

wtorek, 12 maja 2009

ACME - Blackbook EP

Po "Blackbook EP" duetu ACME sięgałem dwa razy. Za pierwszym było to całkowicie samowolne, że tak powiem z czystej ciekawości. Wtedy wspólny projekt Flinta i Rina zupełnie mnie nie powalił i z playlistą pożegnał się błyskawicznie. Nie byłoby drugiego razu, gdyby nie Wasza czytelnicza rada, polegająca na ciągłym pisaniu o ACME w komentarzach. Właśnie dzięki Wam "Blackbook EP" zagościło w moim odtwarzaczu nieco dłużej.

Wydaję mi się, że zadecydował o tym przede wszystkim jeden numer, który szczególnie przypadł mi do gustu. Mam tu na myśli utwór "Wyrok", na rewelacyjnym bicie autorstwa Zbyla. Warstwa stricte muzyczna to bez wątpienia najmocniejsza strona albumu. Oprócz wspomnianego wyżej producenta swoje przysłowiowe 3 grosze dołożyli m.in. Expe oraz SoulPete, czyli beatmakerzy znani osobom, które choć trochę interesują się tym, co wyrabia się w polskim undergroundzie. Jedyne do czego mogę się przyczepić, to nie wystarczający na moje ucho mastering, aczkolwiek trzeba pamiętać, że przecież to podziemie i to całkowicie normalne. Poza tym jest naprawdę dobrze - głowa się kiwa, choć zarazem wypada zaznaczyć, że to nie bujanie w stylu "Podziemnego Disco" Ortegi Cartel.

A jak na tych naprawdę dobrych bitach poradzili sobie Flint i Rin? Nieźle, ale bez rewelacji. Wyraźnie słychać, że obaj mają poukładane w głowie i nie zaliczają się do głupich uliczników. "Blackbook EP" opisane zostało przez autorów jako koncept-album, oscylujący wokół podróży wgłąb własnej psychiki. Oczywiście to "mała" przesada, swoiste wykorzystanie ładnych i mądrych słów na potrzeby promocji. Z drugiej jednak strony, trochę na rzeczy chyba jest. Ponadto wypada dodać, że zarówno Flint i Rin nie powalają stylem, nawijają raczej zwyczajnie i bez krzty oryginalności, acz należy nadmienić, iż obaj posiadają całkiem poprawną dykcję, dzięki czemu wszystkie ich teksty są zrozumiałe. Niemniej, żaden z nich niczym mnie nie zaskoczył.

Cieszę się, że poznałem "Blackbook EP", lecz równocześnie gołym okiem widzę, że jest to materiał tylko niezły i nic ponadto. Już niedługo pojawi się następny krążek ACME, być może lepszy - w końcu wyraźnie słychać, iż Flint i Rin posiadają pewien potencjał. W oczekiwaniu na nowy materiał, możecie sprawdzić "Blackbook EP". Jeśli macie tylko wolną chwilę.

Ocena: 6/10

piątek, 8 maja 2009

Fabri Fibra - Bugiardo

Od początku tego roku szkolnego uczę się języka włoskiego. Brzmi całkiem fajnie, nie jest jakiś trudny w nauce, nie ma w nim takiej rozbieżności między pisownią a wymową danego słowa jak to jest chociażby we francuskim. Piszę o tym nie przypadkowo, bowiem w moje ręce wpadł ostatnio album czołowego włoskiego rapera, posługującego się na co dzień ksywką Fabri Fibra.

Już na wstępie muszę niestety napisać, że treści przytaczanych na "Bugiardo" w całości nie rozumiem. Myślę, iż nawet jakbym bardziej przykładał się do nauki, to tak czy siak nie opanowałbym niezbędnej ilości materiału do wyłapywania ze słuchu znaczeń poszczególnych utworów. Minęło w końcu tylko 8 miesięcy, zaś włoski jest moim drugim językiem, co przekłada się na mniejszą ilość godzin w tygodniu.

Coś tam jednak mimo wszystko kumam. Fabri Fibra znany jest ze swojego negatywnego nastawienia do polityki. Na "Bugiardo" źle wyraża się chociażby o obecnym premierze Włoch, który równocześnie jest jednym z najbogatszych obywateli swojego kraju oraz właścicielem klubu piłkarskiego AC Milan. O kim mowa? Rzecz jasna o Silvio Berlusconim, czyli człowiekiem dłubiącym w nosie nawet podczas ważnych posiedzeń. Co oprócz tego? Między innymi narzekanie na współczesne Włochy w kawałku "In Italia". Pamiętacie "To My Polacy" 52 Dębięc? Jeśli tak, to wiecie spodziewać się po tym numerze Fabri Fibry.

Na "Bugiardo" znajdziemy bity ubogie w jazzowe i funkowe sample, przez co dominuje raczej mroczne, dla mnie nieco ciężkie w odbiorze brzmienie. Mogę pokusić się o stwierdzenie, że podobną stylistykę od strony stricte muzycznej w Polsce reprezentuje Gural. Z drugiej jednak strony, Fabri Fibra w miarę często śpiewa w refrenach bądź wydaje inne, bliżej nieokreślone dźwięki. Zwiększa to nieco melodyjność albumu, choć nie liczcie tu na drugie "Tommorow Handles That" The Let Go. Jak pisałem, znacznie bliżej tu do Donguralesko z Poznania.

Jeśli jesteście ciekawskimi słuchaczami muzyki i interesują Was przedstawiciele Waszego ulubionego gatunku z różnych stron świata, a nie tylko ci rodzimi bądź używający języka angielskiego, to "Bugiardo" jest właśnie dla Was. Fabri Fibra pokazuje, że również włoski rap może być fajny. Jego płyta spodobała mi się mimo tego, że rozumiałem może co setne słowo. Wydaję mi się więc, że przypadnie ona do gustu także tym, którzy włoskiego w ogóle nie znają. Zachęcam do sprawdzenia, może to być dla Was niecodziennie doświadczenie i poszerzenie swoich muzycznych horyzontów.

Ocena: 7/10

wtorek, 5 maja 2009

Tłusty - Jamnik Mixtape

Tłusty, czyli – jak mowa jest we wstępie do materiału, tj. w utworze "Chicago Bulls Intro" – człowiek, który wprowadził HG do klubów. Jak to zrobił? Wziął acapelle hitu "To jest to" Hemp Gru i podłożył pod niego podkład ze znanego, dyskotekowego przeboju "Coco Jambo". Co najlepsze wszystko ze sobą naprawdę znakomicie współgra. Swoją drogą, tego typu melodia idealnie pasuje do mało ambitnych tekstów Wilka i Bilona.

"Jamnik Mixtape" to nic innego jak zbiór blendów autorstwa Tłustego. Wprawdzie niewiele jest aż tak absurdalnych połączeń jak wymienione wyżej "Coco Jambo" i Hemp Gru, lecz kilkoma numerami mnie szczerze mówiąc zaskoczył. Moją uwagę przykuło przede wszystkim "An Open Letter To NYC" na bicie z jednego z większych klasyków w historii polskiego hip-hopu, a mianowicie "Rok Później" Mesa i Numer Raza, które pojawiło się na składance "Kodex 2: Proces". Świetne jest też "In Da Club" 50 Centa na podkładzie "Chwil Ulotnych" Paktofoniki.

Takich smaczków jest zresztą całe więcej. Najlepszym na to przykładem jest numer "Mic Jordan", oparty na bicie do "S-A-L-U-T-U-J" warszawiaka Weny. Co ciekawe, w tym utworze rapuje sam Tłusty. Swoim stylem raczej nie powala – flow posiada takie sobie, głos też bez większej rewelacji. Atakuje jednak słuchacza naprawdę niezłymi tekstami (chociażby "North Karolajna - collage, które nazwa już brzmi jak punchline"). Jeśli myślicie, że nagrywanie numerów o Michaelu Jordanie jest dość dziecinne, to powiem Wam, iż lepiej wychwalać naprawdę najlepszych niż zawodników gorszych, którzy z różnych względów są popularni w niektórych kręgach.

Na "Jamniku" pojawił się też "Numer Jeden" Ensona. Nie do końca przypominam sobie, aby gorzowski raper nagrał wcześniej podobne zwrotki, dlatego też wydaję mi się, że zostały one napisane specjalnie na mixtape Tłustego. Mogę się jednak mylić. Swoją drogą, kawałek naprawdę dobry. Można znaleźć w nim kilka niezłych panczy.

"Jamnik Mixtape” nie jest żadną wielką produkcją, a raczej materiałem, który należy raczej potraktować jako ciekawostkę. Kilka fantastycznych blendów, dobry kawałek o królu koszykówki oraz Enson w wysokiej formie – w tych paru słowach można opisać album Tłustego. Jeśli jesteście wielbicielami polskiego rapu, to możecie sprawdzić ten krążek. W przeciwnym wypadku lepiej będzie, gdy zostawicie hulającego po sieci "Jamnika" w spokoju i w zamian wyprowadzicie swojego czworonoga na dłuższy spacer.

Ocena: 6/10

Promoe - Kråksången

Looptroop zawsze kojarzył mi się z tym, że choć pochodził ze Szwecji, to w całości nagrywał po angielsku. Znając życie Promoe i spółka pewnie zaczynali w swoim ojczystym języku – najstarszą ich produkcją jaką znam jest jednak "Modern Day City Symphony", więc ciężko mi się na ten temat wypowiadać. Z ogromną ciekawością czekałem jednak na "Kråksången" – najnowszy, wydany nieco ponad tydzień temu album Promoe. Co najlepsze, w całości jest on po szwedzku.

Na krótko przed premierą płyty mieliśmy mały skandal z nią związany (choć "skandal" to chyba za dużo powiedziane). Uściślając, dotyczył on singla promującego album. "Svennebanan" w połączeniu z dość – powiedzmy, że niecodziennym – klipem zupełnie nie wskazywał, że jego autorem jest ten sam Promoe, co swego czasu nagrał chociażby znakomite "Bandit Queen". O samej warstwie tekstowej wypowiadać się raczej nie mogę, ponieważ szwedzkiego najzwyczajniej w świecie nie rozumiem. Zamieszanie "Svennebanan" rozbija się jednak głównie o stronę czysto muzyczną. Utwór brzmi bowiem jak połączenie rapu z muzyką elektroniczną – coś w stylu "Naive", które fani Looptroop Rockers powinni doskonale znać. Myślę, że pierwszy singiel promujący "Kråksången" sprawdziłby się na jakimś "tolerancyjnym" techno party. Z drugiej strony, nigdy na tego typu imprezie nie byłem, więc są to tylko i wyłącznie moje domniemania.

Zarzuty fanów o porzucenie własne stylu, sprzedanie się i wyjściu z undergroundu Promoe odparł dość szybko. Wyraźnie zaznaczył, że nie chce robić całe życie tego samego, że nie nagra dwóch takich samych utworów i dwóch takich samych płyt. Poza tym daje przykłady, iż nie można jego muzyki zaszufladkować tylko do jednej stylistki. Trudno się z nim nie zgodzić, w końcu "Kråksången" doskonale to potwierdza.

Elektroniczne dźwięki nie pojawiają się tylko w "Svennebanan", do którego nawiasem mówiąc byłem początkowo uprzedzony (mając w pamięci ten przedziwny teledysk), ale szybko się do niego przekonałem. Tego typu kawałki idealnie nadają się oczywiście na imprezy. Inna sprawa, że żaden z nich nie ma już takiej mocy jak singiel. Choć nie powiem, słuchając "Dekadensen" głowa sama z siebie zaczynała mi się kiwać.

Nie jest jednak tak, że elektronika całkowicie zdominowała "Kråksången". Na płycie znajdziemy bowiem parę typowo looptroopowych bitów. Zarówno tych żywszych, czego doskonałym przykładem są utwory "Mammas Gata" z gościnnym udziałem Timbuktu, Supreme’a i Gregi oraz "Problem" z featuringiem Vincenta, jak i tych spokojniejszych, co potwierdzają natomiast "Detta Har Hänt", tytułowe "Kråksången" czy kończące album "Imperiet". Znalazło się też miejsce na – jak to nazywam – "grubego, hip-hopowego bangera", choć nie jestem w 100% przekonany, czy akurat to określenie jest adekwatne do numeru "Några Nollor Efter", gdzie oprócz Mårtena Edha słyszymy również Organismena.

Ciężko powiedzieć, nie znając ani grama szwedzkiego, jak na tych wyśmienitych bitach radzi sobie sam Promoe. Na pewno po bicie płynie znakomicie – do tego zdążył nas już jednak przyzwyczaić. Domyślam się, że w wielu utworach mówi o ważnych rzeczach. Szkoda, że nie mam możliwości tego potwierdzić. Jeśli ktoś boi się tego, jak Szwed brzmi w swoim ojczystym języku, to od razu mogę uprzedzić, że tak właściwie – poza tym, że nic nie rozumiemy – wielkiej różnicy w ogóle nie słychać.

Ze swojej strony "Kråksången" gorąco polecam. Nie jest to może to samo, co "The Long Distance Runner", ale nadal mamy do czynienia z bardzo dobrym materiałem Promoe w wysokiej formie. Nie ma co się spinać i narzekać na nieco kontrowersyjne pomysły niepisanego lidera Looptroop Rockers. Wciąż robi przecież wyśmienitą muzykę. Nawet po szwedzku.

Ocena: 8/10

środa, 29 kwietnia 2009

Hiroz - Ciężkie życie bohatera

Trio Hiroz współtworzy dwójka dość anonimowych raperów – Tomi i Kouti. Wspomaga ich producent Czarlson, którego wprawdzie kojarzę z wcześniejszych produkcji, to tak naprawdę może poszczycić się on zerową popularnością. Ściągając "Ciężkie życie bohatera" nie spodziewałem się wiele. Przewidywałem wręcz, że trafi do mnie materiał słaby, nie nadający się do słuchania.

A tu proszę, niespodzianka! Debiut tria Hiroz naprawdę mile mnie zaskoczył. Nie żebym się zachwycał, to raczej nie ten poziom. Ot, niezła produkcja. Tomi i Kouti nie mają mistrzowskich skilli, prezentują się jednak powyżej moich oczekiwań. Obaj mają całkiem poprawną dykcję, czasem nawiną coś nie do końca wyraźnie. Nie można też powiedzieć, aby posiadali oryginalny styl. Operują zwyczajnym flow, nie cechuje ich nic charakterystycznego. Niby więc mocno przeciętnie, lecz spodziewałem się istnego tragikomizmu, stąd moja reakcja.

Z miejsca upodobałem sobie utwór "Paradajs", najprawdopodobniej ze względu na jego tematykę. Bije bowiem od niego antyklerykalizmem i ateizmem – jak widać Tomi i Kouti podzielają moje poglądy. Obaj nie wyciągają argumentów z kapelusza, część z nich jest wręcz trudnych do podważenia. Co więcej, akurat ten numer nawinęli bez większego zająknięcia. Z pozostałych kawałków wyłamuje się jeszcze wspominkowe "Kiedyś" oraz podszyte funkiem "Oświecenie".

Dobrą robotę odwalił Czarlson. Jego wspólna epka z raperem posługującym się ksywką Paski nie pokazała potencjału jaki drzemie w tym producencie. Przygotowane przez niego bity są różnorodne – funkowa energia przeplata się ze spokojnym, stonowanym brzmieniem, urozmaicanym jazzowymi klawiszami w tle. Jasne, daleko wciąż Czarlsonowi do najlepszych polskich producentów, ale kto wie, co będzie za parę lat? Już teraz twierdzę, że "Ciężkie życie bohatera" z lepszym masteringiem mogłoby brzmieć naprawdę bardzo dobrze.

Z podziemnymi krążkami często jest tak, że często nie da się ich słuchać. Rzadko mamy do czynienia z debiutanckimi materiałami, obok których nie przechodzi się obojętnie i nie wywala ich się po chwili z dysku komputera. Czegoś takiego nie można powiedzieć o "Ciężkim życiu bohatera". Wyraźnie słychać, że to nie jest jeszcze poziom – że tak to nazwę – przyjemnej słuchalności. Mimo tego uważam, że materiał tria Hiroz warto sprawdzić. "Paradajs" to naprawdę niezły utwór, który powinien zainteresować ludzi o podobnych poglądach. Jeśli na bieżąco śledzicie to, co dzieje się w polskim podziemiu, to powinniście sprawdzić "Ciężkie życie bohatera”" Niech Was nie przestraszy ta piątka plus.

Ocena: 5+/10

wtorek, 28 kwietnia 2009

Na pół etatu - Materiał pilotażowy

Warszawską grupę Na pół etatu poznałem pod koniec ubiegłego roku, kiedy w moje ręce trafił całkiem dobry "Materiał promocyjny". Płyta podeszła mi do gustu, zwłaszcza utwory "Zostaję tu" oraz "Socjologia". Nic więc dziwnego, że sięgnąłem również po wcześniejszy krążek składu. "Materiał pilotażowy" okazał się nieco gorszą produkcją, co było jednak do przewidzenia. Zacznijmy od początku.

Na płycie znajdziemy 10 tracków, w tym 1 remix. Wyraźnie słychać, że Feelhip i Quiz od czasu debiutanckiego krążka poprawili swoje umiejętności. Na "Materiale pilotażowym" przede wszystkim uderza mocno przeciętna dykcja obu chłopaków. Często trzeba się wsłuchiwać naprawdę mocno, aby zrozumieć, co takiego warszawscy raperzy nawinęli. Nie jest tragicznie, nie jest źle, niekoniecznie jest po prostu dobrze i czysto. Jeśli chodzi o teksty, to Feelhip i Quiz nie zaskakują – podejmują tematy raczej typowe, bez większych niespodzianek. Łatwo jednak zauważyć, że obaj mają poukładane w głowie, nie zaliczałbym ich na pewno do typu ulicznika.

Quiz przygotował głównie stonowane, czasem samplowane bity, które doskonale pasują do stylu nawijki Na pół etatu. Jeśli szukacie więc czegoś przebojowego, to raczej nie znajdziecie tego na "Materiale pilotażowym". Na koniec warto jeszcze wspomnieć o featuringach. Na płycie pojawia się W.E.N.A. i Green, członek składu Phonoloftaleina. Obu raperów bardzo lubię, choć niewątpliwie Wudoe prezentuje znacznie wyższy poziom, zarówno porównując do Na pół etatu, jak i drugiego z zaproszonych gości.

Szczerze powiedziawszy "Materiał pilotażowy" mnie nie powalił. Słychać jednak, że w Feelhipie i Quizie drzemie potencjał, który z czasem może eksplodować (już na "Materiale promocyjnym" mamy przecież progres). Jeśli nie macie niczego innego na oku, to możecie sprawdzić. Nie spodziewajcie się jednak bomby. Raczej tylko przeciętnej pozycji.

Ocena: 5/10

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Kult - 45-89

Znajdzie się wiele osób, które stwierdzi, że Kazik skończył się na "Ostatecznym Krachu Systemu Korporacji" lub - co najwyżej - na "Melassie". Dodatkowo powiedzą jeszcze na odchodnym, iż tzw. "stary Kult" był znacznie lepszy niż wszelkiego rodzaju nowości od pana Staszewskiego. Oczywiście mają oni trochę racji, aczkolwiek trzeba pamiętać, że również na początku lat 90.-tych Kultowi zdarzały się słabsze krążki.

Najlepszym na to przykładem jest album "45-89", którą można poniekąd (tylko poniekąd) traktować jako swoiste rozliczenie Kazika z okresem PRL-u. Wszystko zaczyna się bardzo ciekawie i klimatycznie, bo od utworu tytułowego. Co ważne, nie słyszymy w nim ani przez chwilę Staszewskiego. Pobrzmiewają za to głosy dygnitarzy partyjnych. Myślę, że człowiek, który żył w tamtych czasach w mig rozpozna fragmenty niektórych przemówień. Warto w tym momencie zaznaczyć, że już tutaj słychać inspiracje Kazika rapem. Pociął tu czyjeś wypowiedzi, posklejał w jedno - nie przypomina Wam to czegoś? Jasne, wciąż to nieco dalekie od cutów, lecz widać już jakiś zaczątek hip-hopowej fascynacji.

Po tym ponad pięciominutowym intrze przechodzimy od razu do "Komuny mentalnej", czyli do kawałka na całkiem niezłym poziomie. Dopiero jednak "Studenci" pokazują prawdziwy potencjał jaki w Kulcie drzemie. Kazik napisał świetny tekst, zaś reszta zespołu zagrała rewelacyjnie. Szczególnie podoba mi się przejście z ostrej melodii z pierwszych dwóch zwrotek i refrenu, do bardziej łagodnego "rzępolenia" ze strofy drugiej. Kolejnego na trackliście "Wysłannika" spokojnie można pominąć, niczym wielkim się nie wyróżnia. Następna "Totalna militaryzacja" to bez wątpienia najlepszy hicior z płyty. Jak to najczęściej bywa, pierwsze skrzypce grają tu słowa Kazika. Krytyka bezcelowych wojen aż wylewa się z kolejnych linijek, pacyfizm aż od lidera Kultu bije. Dość minimalistyczny akompaniament muzyczny tego wyjątkowego tekstu nie jest może ósmym cudem świata, ale właściwie trudno się jest jakkolwiek jego przyczepić.

Wstęp do recenzji sugerował jednak, że nie będę chwalić, a raczej ganić. I na to nadeszła pora moi mili. 4 ostatnie piosenki (4 na 9 dodajmy) są po prostu nijakie. Zaśpiewane po angielsku to raz, a w tym Kult nigdy dobry nie był. Bez żadnego czynnika wyróżniającego pod względem stricte muzycznym to dwa. Właśnie przez nie "45-89" jest słabą płytą, z dwoma mocnymi utworami i fajnym pomysłem na intro. Moim zdaniem lepiej byłoby, aby zespół Kazika poczekał z publikacją "Totalnej Militaryzacji" i "Studentów" rok, aż do wydania rewelacyjnego "Your Eyes". Oczywiście to tylko takie gdybanie - myślę, że na taki krok Kult nie mógłby sobie wtedy nawet pozwolić. Mimo tego, iż stawiam krążkowi czwórkę z plusem w dziesięciopunktowej skali to uważam, że album sprawdzić trzeba. Kazikofile zrobili już to dawno, inni powinni poznać dwa wymienione dosłownie przed chwilą kawałki.

Ocena: 4+/10

niedziela, 26 kwietnia 2009

Ten Typ Mes - Zamach na przeciętność

Najbardziej oczekiwana hip-hopowa płyta bieżącego roku oficjalnie wczoraj, a nieoficjalnie przedwczoraj ujrzała światło dzienne. Czy "Zamach na przeciętność" warty jest tego całego szumu, którego świadkiem byliśmy przed jego premierą? Moim zdaniem nie. Psychofani tak podkręcali atmosferę czy to na forach, czy to na stronach internetowych, że najprawdopodobniej nawet album wszech czasów nie spełniłby wymyślanych przez nich oczekiwań. Nie można mieć jednak żadnych złudzeń, druga solówka Mesa to póki co najbardziej dopracowany krążek tego roku z kategorii polski rap.

Mimo tego, zacznę od zarzutów. Bezsprzecznie najlepszym utworem z "Zamachu..." jest kawałek, który poznaliśmy najwcześniej - nie mam pamięci do dat, ale było to chyba wręcz w ubiegłym roku. Mam tu na myśli rzecz jasna nagrane dosłownie na ulicy "My". Myślę, że większość z Was zdołało już poznać te numer - na świetnym bicie Donatana Mes popłynął wzorowo, zarazem racząc nas naprawdę świetnymi linijkami. Uważam, iż taką bombę lepiej zostawić na później i nie odpalać jej w momencie, kiedy nie zna się nawet przybliżonej daty premiery. Słabo odebrałem też większość skitów. Otwierające płytę "Cześć" za pierwszym razem może słucha się fajnie, lecz już z każdym kolejnym podejściem zaczyna coraz mocniej denerwować. Zastanawiam się, czy odbierałoby się płytę lepiej, gdyby zrezygnować chociażby z części skitów.

Ze sporą rezerwą podchodzę też do hip-hopowych featuringów. W "Nie ten sam ziom" stylowo poleciał Numer Raz. Drugi z goszczących w tym utworze raperów - Łona, zaprezentował się jakby nieco poniżej poziomu, do którego zdążył nas przyzwyczaić. To już druga taka historia z udziałem szczecińskiego MC w ostatnim czasie, bowiem słabo pokazał się również na wydanych tydzień temu "Poetach". W "Nie płaczę za nimi" pojawiają się natomiast Ero z JWP oraz Stasiak z 2cztery7 i są to stanowczo gorsze featuringi. Nie ma jednak mowy o jakiejkolwiek tragedii.

Sam Mes udowadnia, że zalicza się do absolutnej czołówki polskich raperów i to mimo tego, że jest bądź co bądź mniej popularny niż chociażby Ostry, Eldo i Pezet. Piotr Szmidt nikogo nie podrabia, ma charakterystyczny styl - wyluzowane flow, którego tempo pozwoli dowolnie zmieniać w czasie trwania jednego utworu. Lirycznie Mes często zaskakuje, choć raczej pojedynczymi linijkami i konceptami utworów, a nie ich tematyką. W końcu relacje damsko-męskie u Typa gościły już niejednokrotnie. Tym razem jednak stanowią one zaledwie mały procent treści "Zamachu na przeciętność". Dominuje krytyka współczesnego, miastowego stylu życia. O zbytnim poświęcaniu się pracy i rodzinie, przemianie "chłopca w mężczyznę, mężczyzny w dziada" słyszymy chociażby w utworach "Jak to !?" i "Nie ten sam ziom", zaś w skicie "Kontrkultura" Mes potępia lanserstwo oraz muzycznych rzemieślników bez pasji.

Mocno dostaje się też polskiemu showbizowi. Najlepszym na to przykładem jest numer "Welcome/Wilkommen!". Piotr Szmidt atakuje chociażby Dodę: "Nie mam 160 IQ, za to mam rację / Ta która ponoć tyle miała, przeszła operację / Sylikon wlali jej do głowy, a po wszystkim / Pocięli mózg na połowę i wszczepili w cycki". Chwilę później ostra krytyka spada - swoją drogą całkiem słusznie - na TVP: "Tu telewizja publiczna jest jedynie jak dom / Cała jej misja jedynie na złom". Do ciekawszych numerów zaliczyłbym jeszcze "Zamach na Jana K." - może dlatego, że bardzo lubię storytellingi. Słyszałem wprawdzie parę lepszych tego typu utworów, lecz tej historii nie można w sumie wiele zarzucić.

Pisałem we wstępie, że "Zamach na przeciętność" to najbardziej dopracowana hip-hopowa płyta tego roku. Pod względem brzmienia pod żadnym pozorem nie dościga jednak wystrzałowego "O.C.B." Ostrego, które za to przegrywa z drugą solówką Mesa niemal na każdej innej płaszczyźnie. Autorem większości podkładów jest sam Piotr Szmidt, inne skomponowali dla niego m.in. Donatan, Święty i Głośny. Przy aranżacji niektórych numerów pomagał natomiast Szogun. Dominuje ciepłe, czasem jazzowe, czasem bardziej soulowe brzmienie, choć równocześnie trzeba zaznaczyć, że sample przy produkcji "Zamachu..." były używane dość rzadko. Gdzieniegdzie pojawi się jakiś elektryczny dźwięk, tak jak w drugim singlu promującym album - utworze "Jak to !?". Prawdziwą niespodzianką jest numer "OiOM", który z rapem ma niewiele wspólnego. Mes postanowił się zabawić, porusza się tu w klimatach rocka studenckiego i wychodzi mu to całkiem dobrze. Warto posłuchać, chociażby po to, aby się przekonać, że raperzy nie ograniczają swoich gustów muzycznych do czarnego brzmienia i potrafią znakomicie poruszać się również w innych klimatach.

"Zamach na przeciętność" został wydany dość słabo. Zwykłe pudełko, brzydka okładka i najnormalniejsza czcionka używana tak na coverze, jak i w środku dość ubogiej książeczki. Nawet dwupłytowa edycja specjalna prezentuje się cienko. Swoją drogą liczyłem, że krążek numer dwa w większym stopniu będzie dotrzymywał pierwszemu cedekowi (aczkolwiek kawałek z Blefem oraz "Plac zbawiciela cz.1" trzymają niezły poziom, remix "My" również cieszy).

Drugie solo Mesa to bardzo dobra pozycja, której nieco brakuje do miana rewelacji. Wystawiam ósemkę z plusem, czyli to samo co "Stick2MyNameRight" Te Trisa. Obiektywnie rzecz ujmując "Zamach na przeciętność" to płyta lepsza. Mi podoba się jednak jakby mniej, może dlatego, że od pochodzącego z Siemiatycz rapera aż bije hip-hopową zajawką. Właściwie to niekoniecznie powinno się obie te płyty porównywać, dlatego też zakończmy moje wywody. Najważniejsze jest przecież to, że "Zamach..." to naprawdę bardzo udana, oryginalna, łamiąca wiele schematów produkcja - każdy słuchacz polskiego rapu powinien ją sprawdzić, do czego gorąco zachęcam.

Ocena: 8+/10

sobota, 25 kwietnia 2009

DJ Cube - Motyla Noga Mixtape

DJ Cube jakiś czas temu przestał być dla mnie postacią anonimową. Wprawdzie wcześniej byłem świadom jego istnienia, to dopiero wypuszczona na początku kwietnia "Motyla Noga Mixtape" pokazała mi, kim tak naprawdę jest i muzyki na jakim poziomie można się po nim spodziewać. Powiem szczerze, albumem DJ Cube'a mile mnie zaskoczył, choć równocześnie muszę przyznać, że nie rządził on chociaż przez jakiś czas w moim odtwarzaczu.

"Motyla Noga Mixtape" jest - jak sama nazwa wskazuje - mixtapem pełną gębą. DJ Cube wykazał się tutaj kunsztem, bowiem przejścia między kolejnymi utworami są płynne. Ani przez chwilę nie "słyszymy" ciszy - 45 minut nieustannej muzyki! Autor płyty przygotował głównie hip-hopowe jointy, aczkolwiek znalazło się tu też miejsce dla funkowego numeru od Zdzisławy Sośnickiej. Swoją drogą, właśnie nieliczne polskie smaczki są chyba najmocniejszym punktem mixtape'u. Oprócz wymienionej przed chwilą wokalistki, pojawia się również duet Fisz Emade z utworem "Goryl". Prawdziwą bombą jest jednak jedyny kawałek nagrany na potrzeby "Motylej Nogi". Pod bit skomponowany pierwotnie do "Jestem tylko dzieckiem" Ostrego swoje zwrotki nawinął zeszłoroczny debiutant, Zeus. Wychwalający DJ Cube'a track wyszedł mu raczej średnio, jeśli nie słabo. Na pewno znaczniej poniżej poziomu z "Co nie ma sobie równych". Z drugiej strony to przecież numer Zeusa leciał u mnie najczęściej. Chyba dlatego, że był on po prostu nowy.

Zagraniczny rap również poddano ostrej selekcji. Ostatecznie na mixtapie usłyszymy takie gwiazdy jak Lauryn Hill, Q-Tip, Mos Def, Jurassic 5 czy Beastie Boys. Ogromne, adresowane do DJ Cube'a brawa należą się jeszcze za wybranie utworu "Trance Fat" szwedzkiego Looptroop Rockers z gościnnym udziałem rapera znanego z grupy Dilated Peoples, posługującego się ksywką Rakaa. Można powiedzieć, że dzięki "Motylej Nodze" numer ten poznałem niejako na nowo.

Na koniec trzeba jeszcze wspomnieć o być może najważniejszej rzeczy związanej z mixtapem DJ Cube'a. Mianowicie, pomiędzy te wszystkie starannie wyselekcjonowane utwory gęsto i często wplatywane zostały cytaty z najlepszych polskich komedii. Wybór filmów niezbyt zaskakujący - "Miś", "Chłopaki nie płaczą", "Poranek Kojota", obie części "Kilera" i jeszcze parę innych, na ogół znanych i lubianych produkcji. Dzięki właśnie temu zabiegowi, "Motyla Noga" to świetny materiał na poprawę humoru. I to mimo tego, że niektóre z wybranych przez DJ Cube'a numerów mają nieco poważniejszą treść.

W polskim podziemiu fajne jest właśnie to, że wiele produkcji pojawia się nagle i niespodziewanie. Nie tak jak w mainstreamie - zapowiedzi, nerwowe wyczekiwanie i - co dzieje się często - ogromny zawód. Szukać najlepszego przykładu takiej pozytywnej niespodzianki nie trzeba daleko. W końcu czym innym niby jest "Motyla Noga Mixtape" DJ Cube'a jak nie sporym zaskoczeniem dosłownie znikąd? Nie ma mowy o żadnej rewelacji, siódemka z plusem w dziesięciopunktowej skali jednak należy się jak najbardziej. Jeśli jeszcze nie słyszeliście, to czym prędzej nadrabiajcie zaległości.

Ocena: 7+/10

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

WhiteHouse - Poeci

Czasem mówi się o raperach jako o współczesnych poetach. Prawdę mówiąc niewielu jest jednak zawodników, którzy na takie nazewnictwo zasługują. Naprawdę rzadko dzieje się jednak tak, żeby MC's brali na warsztat wiersze prawdziwych poetów. W historii polskiego rapu kojarzę jedynie "Stepy Akermańskie" Mickiewicza w wykonaniu Eldoki. Dzisiaj jednak sytuacja ta uległa zmianie. Duet producencki WhiteHouse, czyli Magiera i Laska zaprosił na swój najnowszy album - podobnie jak w przypadku trzech "Kodexów" - istną śmietankę krajowej sceny. Tym razem jednak nawinęli oni nie autorskie zwrotki, a po swojemu zinterpretowali utwory największych wieszczy narodowych.

Polscy raperzy pod lupę wzięli twórczóść m.in. Juliana Tuwima, Stanisława Wyspiańskiego, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego oraz Jana Lechonia. Rodzynkiem jest tu na pewno "Pijak" Jacka Kaczmarskiego, który przecież przez autora nie został tylko napisany, ale również - ma się rozumieć - zaśpiewany. Warto jeszcze nadmienić, że Ostry, jako jedyny, postanowił nie podpierać się cudzymi tekstami i sam sporządził sobie utwór. Wprawdzie od razu czuć, że nie jest to żaden wiersz, to jednak jakimś cudem pasuje on do reszty albumu. Zresztą lirycznie "Ballada o Jaromirze Jagrze" stoi na naprawdę niezłym poziomie.

Interpretacja poszczególnych dzieł polskich wieszczów pokazuje, że pewna grupa scenowych wyjadaczy potrafi przeistoczyć się w znakomitych raperów, gdy tylko posiłkują się czymś znacznie bardziej uduchowionym, niż tworzone przez nich na co dzień linijki. Najbardziej zaimponował mi Peja - od razu słychać, że w "Pijaku" Kaczmarskiego znakomicie się odnalazł. Nawinął w taki sposób, że zadziwił nawet swoich fanów. Mnie zaskoczył jeszcze Gural - "Mochnackiego" Jana Lechonia zinterpretował naprawdę fajnie. Pokazał, że potrafi stylowo rapować nie tylko swoje puste braggadocio. Nigdy bym nie pomyślał, że obu panów z Poznania będę słuchał z przyjemnością. A tu proszę, niespodzianka.

Świetnie zaprezentował się też Numer Raz. "Świat Zepsuty" Ignacego Krasickiego zinterpretował po swojemu. Członek Warszafskiego Deszczu na potrzeby tego wierszu nie porzucił swojego stylu - luz bije od niego wręcz na kilometr. Typowo dla siebie popłynął też Pih, który wykonał erotyk "Lubię kiedy kobieta" Kazimierza Przerwa-Tetmajera. Swoją drogą doskonale - co najmniej moim zdaniem - pasuje on do osoby białostockiego rapera. Podobnie zresztą jak "Reduta Ordona" Mickiewicza do Trzeciego Wymiaru. Skład ten też muszę pochwalić. Swoją drogą, aż w to nie wierzę, przecież to on wypuścił chałę w postaci komercyjnego gniota "Dla mnie masz stajla". Co ciekawe, najbliższą recytacji interpretację zaproponował Sokół. Jego wykonanie "Nikt nad grobem mi nie płaczę" Stanisława Wyspiańskiego spokojnie mógłby zamałpować uczeń przed nauczycielką polskiego. Nie no, chyba trochę jednak przesadzam.

Nie można jednak powiedzieć, że wszystkim raperom do końca wyszło. "Lokomotywa" w wykonaniu Lilu nie spełniła moich oczekiwań. Wydaję mi się, że łodzianka może nie mieć po prostu aż tak wysokich umiejętności, aby nawinąć ten dynamiczny wiersz w taki sposób, jak jak to widziałem. Tutaj potrzebny byłby Mes, Ostry, ewentualnie Pezet, czyli MC's, dla których nie jest żadnym problemem nagła zmiana tempa swojego rapowania. Zawiódł mnie też Łona. Mieszkaniec Szczecina wykonał "Młodzieżowy zaciąg" Ryszarda Daneckiego bez żadnej ikry. Tak jakby odbębnił swoje i tyle.

"Poeci" to również doskonała robota duetu producenckiego WhiteHouse. Magiera z Laską skomponowali 14 naprawdę dobrych bitów. Część z nich jest bardziej spokojna i melancholijna od tych prezentowanych na wszystkich trzech "Kodexach". Jednocześnie nie odnajdziemy tu tego samego Magierskiego co rok temu na "Oddycham Smogiem" Tymona. Stary styl WhiteHouse wciąż odczuwamy, lecz równocześnie odnoszę lekkie wrażenie, że jest to już coś nieco innego. Może nie rewolucja, ale ewolucja na pewno.

Pochwalić trzeba przede wszystkim sam - nie ma co ukrywać - niezwykle odważny pomysł. Przy słabej promocji album się pewnie za bardzo nie sprzeda. "Poeci" pokazują jednak, że nawet polskim raperom wiersze nie są obce. Wśród zaproszonych gości ewidentnie brakuje Eldo, choć w momencie, gdy nawet Peja i Gural potrafią zachwycić, w gruncie rzeczy się tego nie zauważa. Niby nie powinna to być płyta przebojowa, lecz moim zdaniem zarówno "Pijak", jak i całkiem odmienny stylistycznie "Świat Zepsuty" mogą do miana potencjalnych hitów aspirować. Nie jest to album-rewelacja, nie wszyscy raperzy się przecież spisali na medal. Niemniej, wysoka ocena się po prostu należy. "Poetów" polecam sprawdzić, w końcu to jeden z ciekawszych, tegorocznych projektów.

Ocena: 8/10

niedziela, 19 kwietnia 2009

Ogród i elektrozawory, bramy i narzędzia pneumatyczne

Ogród - to słowo zawsze kojarzyło mi się z jednym, działką mojej babci. Ile tam przygód przeżyłem! Jakieś podkopy, kanały i tym podobne zabawy. Później przeprowadzka na inny ogród. Zamieniam łopatki na leżak i się - krótko mówiąc - mocno opierdalam. Czasem tylko nakarmię miliard rybek, które babcia trzyma w oczku wodnym. Dosłownie, miliard.

Siatka ogrodzeniowa - ustrojstwo raczej przez moją babcię nie używane. Ja tam się nie dziwie, po co się przed kimkolwiek ogradzać? Niemniej, siatka ogrodzeniowa w pewnym momencie na ogrodzie się babci pojawiła. Była ona jednak niesłychanie niska. Wszystko po to, aby pies nie mógł hasać po innych działkach. A że pies raczej za skoczny nie był, to i siatka wielkich rozmiarów mieć nie musiała.

Bramy - coś takiego lub coś takiego. Już wiecie czym są bramy?

Drzwi antywłamaniowe - coś, co zawsze chciałem mieć. Niektórzy utożsamiają drzwi antywłamaniowe z zamkiem firmy Gerda, mi się zawsze kojarzyły one raczej z czymś bardziej futurystycznym. Mnóstwo szyfrów, odciski palców, tęczówki - tego typu sprawy.

Elektrozawory - jest to zawór sterowany elektrycznie, najczęściej przepływem prądu. Stosowany w motoryzacji, automatyce przemysłowej, siłownikach hydraulicznych i sprzęcie laboratoryjnym. Łączy elementy klasycznego zaworu mechanicznego ze storowanym elektrycznie siłownikiem otwierającym lub zamykającym zawór. Łał, chcę mieć własne elektrozawory.

Narzędzia pneumatyczne - czym do cholery są narzędzia pneumatyczne?

Reklama Na Blogach

Mardi Gras - Podaj Dalej

Po album tria Mardi Gras sięgałem ze sporym sceptycyzmem. Nigdy nie uważałem eXo i Temzkiego za świetnych raperów. Osoba producenta, kryjącego się pod dziwną ksywką Roux Spana, była dla mnie za to okrytą wielką niewiadomą. Przyznam się bez bicia, że nigdy wcześniej o gościu nie słyszałem. Mimo tego, kiedy tylko "Podaj Dalej" pojawiło się w sieci, dosłownie po chwili znalazło się na moim dysku twardym. Nie mam zielonego pojęcia dlaczego. Na pewno nie spowodował tego Mes i Emil Blef gościnnie. Nie jestem z osób podniecających się wszystkim, czego dotknął pan Alkopoligamista.

Przy pierwszym odsłuchu rzadko kiedy zwracam uwagę na treść. Zwłaszcza jeśli muzykę puszczam w tle, a skupiam się tak naprawdę na czym innym. Tak właśnie było z debiutem Mardi Gras. Na samym początku doceniłem głównie bity. Jak się okazało ten anonimowy Roux Spana odwalił kawał dobrej roboty. Na "Podaj Dalej" dominują spokojne, chill-outowe, gęsto samplowane jazzem dźwięki. Czasem nuta przyspiesza i pojawia się skoczne, funkowe brzmienie, rzadziej coś podszytego soulem. Są to jednak tylko epizodyczne występki (chociażby "Antydepresant (obudź się)"). Gdybym miał sklasyfikować pierwszą płytę Mardi Gras od strony stricte muzycznej, to powiedziałbym, że to idealny krążek na odpoczynek, wyluzowanie. Czysty chill-out.

Na tych bitach świetnie odnajdują się Temzki i eXo. Nawijają luźno, ale nie luzacko jak Smarki czy Wankej, nikogo przy tym nie kserują. Stylowo jest dobrze, acz nie genialnie - przed chłopakami wciąż są spore możliwości progresowania, muszą tylko chcieć. Lirycznie Temzki i eXo wypadają moim zdaniem jeszcze lepiej. Teksty są ambitne, czasem lekko ironicznie i zabawne. Czynnikiem charakterystycznym dla wielu utworów jest pozytywny przekaz zakładający, że można osiągnąć wszystko, jeśli tylko czegoś pragnie się wystarczająco mocno i wierzy się w swoje umiejętności. Może są to tylko puste slogany, ale prawda jest taka, że odpoczynek przy "Podaj Dalej" to również nałodowanie akumulatorów niezbędnych do dalszego działania, życia.

Chwalę to Mardi Gras i chwalę, lecz wcale nie uważam, żeby nagrali oni jakąś niewyobrażalnie dobrą płytę, jak twierdzi - żeby nie szukać daleko - wielu słuchaczy polskiego, podziemnego rapu. Moim zdaniem trio przesadziło z długością albumu. Taki chill-out na dłuższą metę potrafi znudzić, przez co po jednym odsłuchu nie chce się już do "Podaj Dalej" wracać. Paradoksalnie ciężko mi się zdecydować, który z utworów można byłoby spokojnie wyrzucić. Wszystkie stoją na mniej więcej takim samym poziomie, żaden się zbytnio nie wybija.

Właśnie dlatego debiut Mardi Gras ocenić dość trudno. Z jednej strony, obiektywnie rzecz ujmując, otrzymaliśmy naprawdę dobrą produkcję - z ambitnymi tekstami i bitami opartymi na jazzowych samplach. Z drugiej, całość mnie strasznie nuży. Ponad 70-minutowy chill-out to rzecz wybitnie nie dla mnie. Myślę, że "Podaj Dalej" to po prostu niezły krążek, czyli szóstka w mojej dziesięciopunktowej skali. Mogę być jedyną osobą, która ocenia projekt Mardi Gras tak nisko. Nic jednak nie poradzę na to, że eXo, Temzki i Roux Spana stworzyli album po prostu za długi.

Ocena: 6/10

PS Okładka wersji fizycznej albumu wygląda całkiem inaczej, jednak nie mogłem jej nigdzie znaleźć, więc użyłem tej pierwszej, wcześniejszej, internetowej.

sobota, 18 kwietnia 2009

Beastie Boys - To the 5 Boroughs

Swoją przygodę z Beastie Boys zacząłem od składanki "Solid Gold Hits" z największymi przebojami nowojorskiej grupy. Akurat tak wyszło, że najbardziej upodobałem sobie 2 utwory - "Intergalactic" oraz "An Open Letter To NYC". Jak się później dowiedziałem, drugi z tych numerów pochodził z najnowszej płyty grupy, na której chłopaki rapują. Niedawno znalazłem "To the 5 Boroughs" z 2004 roku w okazyjnej cenie. Nie zastanawiałem się długo i zamówiłem.

W pierwszej kolejności zwróciłem uwagę na wydanie albumu - digipack składany sześciokrotnie na dość nietypowym kartonie z miejsca zrobił na mnie wrażenie. Co więcej okładka albumu, będąca ilustracją prezentującą nowojorski Manhattan (jeszcze z dwoma wieżami stanowiącymi zniszczone przez terrorystów World Trade Center), to tylko ułamek rysunku Matteo Pencoliego, którego resztę można podziwiać właśnie roskładając digipack.

A zawartość krążka? Szczerze mówiąc po rewelacyjnym "An Open Letter To NYC" spodziewałem się więcej. Zawiodły mnie przede wszystkim bity, w niektórych miejscach są dla mnie zbyt eksperymentalne, w innych po prostu średnio sprawują się na nich chłopaki z Beastie Boys. Nie można na pewno powiedzieć, że płyną po nich wzorowo. Często jest też tak, że refreny niekoniecznie współgrają do końca ze zwrotkami - najlepszym na to przykładem jest utwór "Shazam!", choć trzeba przyznać, że akurat ten track trzyma jeszcze wysoki poziom. Fajnie wypada głównie wspominane już "An Open Letter To NYC" oraz 2 inne hiciory z płyty - otwierające "Ch-Check It Out" oraz "Triple Trouble". Całkiem w porządku numerem wydaje się jeszcze "Oh Word?". Jeśli chodzi o warstwę liryczną, Beastie Boys raczej nie zadziwiają doborem tematów - trochę śmiechu, trochę polityki, troszeczkę bragga. Wprawdzie nie szokują, ale potrafią zaciekawić.

Najbardziej spodobał mi się rzecz jasna wielekrotnie wymieniany przeze mnie "An Open Letter To NYC". To właśnie ten utwór wydaję mi się być dopracowanym w 100% pod względem brzmienia. Tekst również może się podobać, choć oczywistym jest, że najbardziej docenią go mieszkańcy Nowego Jorku. Świetny, polityczny numer, w którym nie brakuje nawiązań do wydarzeń z 11 września.

Osobiście "To the 5 Boroughs" mocno się zawiodłem. Nie można jednak powiedzieć, że Beastie Boys nagrali płytę słabą. W mojej opinii jest to po prostu niezły krążek, mający swoje przebłyski. "An Open Letter To NYC", "Triple Trouble", "Ch-Check It Out" - o tym właśnie mówię. Dla tych właśnie utworów warto sprawdzić ostatni album Beastie Boys, na którym nowojrczycy rapują, a nie grają jakieś jazzowe wariacje. Zresztą, nie wykluczam możliwości, że innym po prostu może się "To the 5 Boroughs" bardziej spodobać i tylko ja nie poznałem się na geniuszu tej płyty. Mimo nie za wysokiej oceny uważam więc, że każdy powinien poznać.

Ocena: 6/10

piątek, 17 kwietnia 2009

Sidney Polak - Cyfrowy Styl Życia

Kariera Sidneya Polaka to jedno z ciekawszych zjawisk na polskiej scenie muzycznej. Otóż perkusista czołowej polskiej formacji rockowej z dnia na dzień staje się jedną z połyskujących gwiazdeczek przemysłu fonograficznego. Statusu swojego kolegi z zespołu, Muńka Staszczyka wprawdzie nie osiągnął, lecz równocześnie nie był tylko sezonową ciekawostką. Wszystko za sprawą płyty, którą trudno jakkolwiek zaszufladkować. Z jednej strony pozytywna reggae pulsacja i brzmienia hip-hopowe, z drugiej rock i folk. Na swojej debiutanckiej płycie Sidney nie tylko przygotował kilka ambitniejszych utworów, ale również singiel, będący wielkim radiowo-telewizyjnym hitem, a mianowicie osławione "Otwieram Wino" z Pezetem.

Kilka tygodni temu na sklepowych półkach pojawiła się nowa płyta pochodzącego z warszawskiej Chomiczówki artysty. "Cyfrowy Styl Życia" wydaje się być mniej różnorodnym albumem, choć - nie oszukujmy się - nadal Sidney Polak preferuje eklektyczne brzmienie. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to znacznie krótsza lista gości niż poprzednim razem. Featuringi ograniczają się właściwie tylko do trzech numerów, są to jednak zarazem jedne z mocniejszych piosenek na płycie. Warto dodać, że każda utrzymana jest w innej stylistyce, co jakby nieco kładzie kłamstwo na moje słowa z przed dosłownie chwili, dotyczące mniejszej niż ostatnio różnorodności u Sidneya Polaka. Kawałek z EastWest Rockers to - z oczywistych względów - utwór reggae. Po raz kolejny Ras Luta, Cheeba i Grizzlee pokazali, że na czyichś płytach radzą sobie świetnie, a na swoim krążku - nawet obok Szweda Promoe - wypadają blado. Kto jeszcze gościnnie? Przede wszystkim Kasia Nosowska, w piosence "Mary & Jerry", która mocno zajeżdża country. Duet z Sidneyem Polakiem wokalistce Hey wyszedł naprawdę dobrze, trochę przypominał mi wspólny kawałek Kazika i Kasi Sobczyk, zatytułowany "Inna piosenka o miłości". "Cyfrowy Styl Życia" kończy dubowy "Ostatni Dźwięk", gdzie gościnnie słyszymy francuską wokalistkę Isę oraz Pezeta. Swoją drogą, bardzo fajny numer, doskonale nadaje się na outro drugiej nie tylko solówki perkusisty T.Love, ale każdej płyty utrzymanej w podobnym klimacie.

Ogólnie rzecz biorąc album jest mniej imprezowy od debiutu Sidneya Polaka, nie znajdziemy na nim "bangerów" w stylu "Otwieram Wino". Warszawiak przygotował krążek nie tyle stonowany, co po prostu bardziej chill-outowy, który - jak mi się wydaje - rewelacyjnie spisałby się podczas spokojnej podróży samochodem. Jeśli chodzi o teksty piosenek, to Sidney Polak raczej nie porusza ciężkich i poważnych tematów. A nawet jeśli już, to robi to w taki niepozorny sposób, że pasuje to do dość luźnego klimatu "Cyfrowego Stylu Życia", który najbardziej uwydatnia utwór "Skuter". Dla jednych może być to kawałek-chłam, dla mnie jest to po prostu żart artysty i wg mnie trzeba podejść do niego ze sporym dystansem.

Druga płyta Sidneya Polaka mogła niektórych zawieść - drugiego "Otwieram Wino" z Pezetem przecież nie nagrał. W tym momencie warto się jednak posłużyć słowami wspomnianego przed chwilą Pawła Kaplińskiego: "Wydawca mówi: Nagraj jakąś Senioritę / Ja mówię: Już nagrałem na poprzedniej płycie". Tak jak "Seniorita" przyczyniła się do wzrostu popularności Pezeta, tak samo "Otwieram Wino" sprawiło, że Sidney Polak stał się nagle rozpoznawalny. Nie ma sensu, aby znów nagrywał takie utwory. Ważne, że może się realizować jako artysta. Choć - trzeba uczciwie przyznać - "Cyfrowy Styl Życia" to płyta dobra i nic ponadto. Fajny chilloutowy klimat, którego jednak moim zdaniem nie sposób słuchać w kółko. Mimo wszystko polecam, naprawdę idzie się przy tym wyluzować.

Ocena: 7+/10

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Fort Minor - The Rising Tied

Niektórzy pewnie wiedzą, że swego czasu byłem fanem amerykańskiego zespołu nu-metalowego Linkin Park. Jak tak sobie teraz pomyślę, to zawsze bardziej podobały mi się rapowane zwrotki Mike’a Shinody, a nie wykrzykiwane przez Chestera Benningtona refreny. Oczywiście prawdziwą siłą LP była właśnie ta wybuchowa mieszanka, której najlepszym efektem był chyba przebój "In The End".

W 2005 roku powstaje Fort Minor – grupa hip-hopowa. Mike Shinoda mógł potraktować ją jako odskocznie od Linkin Parku, który stał się dla niego życiową rutyną. Mówienie o grupie jest jednak małą przesadą. Na dobrą sprawę Fort Minor to tylko i wyłącznie Mike Shinoda, który nie tylko rapuje, pisze teksty, ale również produkuje świetne, szybko wpadające w ucho bity. Przy debiutanckim i jak dotąd jedynym, pełnoprawnym albumie znacząco pomógł mu skład Styles of Beyond, który czasem błędnie włącza się do grupy Fort Minor.

"The Rising Tied" to przede wszystkim mistrzowskie bity autorstwa Mike’a Shinody. Jak przed chwilą wspomniałem, szybko wpadają one w ucho. Najlepszym na to dowodem jest utwór, będący swego czasu wielkim przebojem, mianowicie "Remember the Name". Zdanie to potwierdzają jednak inne kawałki z płyty. Wystarczy wymienić tu chociażby inny, lekko popowy hit z debiutu Fort Minor – "Where’d You Go", znakomite "High Road" bądź kończące album "Slip Out the Back", gdzie gościnnie swój kunszt pokazuje Mr. Hahn, czyli podobnie jak Mike Shinoda członek Linkin Parku. Ciężko mi w tym momencie wskazać swojego faworyta. Na "The Rising Tied" znajdziemy zarówno bardziej dynamiczne, nieco hardcore’owe bity, jak i nieco spokojniejsze produkcje. Wszystko jednak trzyma się kupy i jednego stylu.

O ile nie potrafię wskazać utworu numer jeden z płyty biorąc pod uwagę brzmienie, o tyle nie mam problemu w wybraniu najlepszego numeru pod względem lirycznym. To oczywiście "Kenji", czyli historia Japończyka, który osiadł w Stanach Zjednoczonych w 1905 roku. II wojnę światową spędził w strzeżonym przez wojsko obozie dla internowanych. W tekście Mike’a Shinody wprawdzie nie ma mowy o tak koszmarnych warunkach jak w Auschwitz, lecz warto zwrócić uwagę na to, że USA w latach 1939-1945 (a właściwie od 1942 roku), nie były rajem na Ziemi i tam również panoszyła się ksenofobia. Zapomniałbym. "Kenji" to tak naprawdę historia ojca Mike’a Shinody, który przecież jest Japończykiem.

Ogólnie rzecz biorąc "The Rising Tied" jest nierówne. Nie wszystkie utwory mają tak kozackie bit jak w "Remember the Name", nie wszystkie też stoją na tak wysokim poziomie tekstowym jak "Kenji". Znajdzie się jednak jeszcze parę historyjek (chociażby "Red to Black"), coś o papierosach ("Cigarettes"), trochę bragga (wielokrotnie wspominane "Remember the Name") etc. Warto dodać, że oprócz Styles of Beyond gościnnie udzielili się dwaj inni raperzy. W dodatku nie byle jacy, bo mowa tu o Commonie i Black Thought z The Roots. Prawdziwa czołówka, jeśli chodzi o amerykańską scenę.

Jasnym jest, że w USA wydano masę lepszych albumów od debiutu Fort Minor, że „The Rising Tied” to nie żaden klasyk. Muszę jednak stwierdzić, iż osobiście bardzo sobie ten krążek upodobałem, choć – trzeba powiedzieć to jasno – miejscami może zawodzić i nudzić. Uogólniając, Mike Shinoda przygotował świetne bity, tylko nieco gorsze teksty z chwilowymi spadkami poziomu. Jeśli jeszcze nie znacie, to nadrabiajcie zaległości. Polecam gorąco, choć pewnie niektórzy zarzucą Fort Minor komercję. Nawet jeśli, to jest to dobra komercja.

Ocena: 7+/10

czwartek, 9 kwietnia 2009

Te Tris - Stick2MyNameRight

Polski underground zacząłem poznawać od Smarkiego oraz Te Trisa, czyli raperów, których Eldo ochrzcił swego czasu królami podziemia. To "Najebawszy" gorzowianina bardziej mi się spodobało, "Naturalnie" drugiego z wymienionych uznawałem za płytę dobrą, lecz gorszą. Dziś sytuacja wygląda tak, że Smarki wciąż siedzi w undergroundzie, od czasu do czasu pojawiając się na featuringach u mainstreamowych MC's. Natomiast Te Tris wydał właśnie mixtape, którym na dobrą sprawę żegna się z podziemiem. "Stick2MyNameRight" to również - jak nawinął sam raper z Siematycz - wstęp do burzy, jakim ma być jego legalny debiut w postaci długogrającego albumu "Dwuznacznie".

Płyta jest już ponoć na ukończeniu, wciąż jednak nie znamy jej daty premiery. Właśnie aby umilić nam oczekiwanie, Te Tris nagrał spontaniczne, wspomniane przed chwilą "Stick2MyNameRight". Szczerze mówiąc, jeśli tak ma wyglądać preludium do burzy, to zaczynam się jej szczerze mówiąc bać - może wywołać ona naprawdę ogromne spustoszenie. No chyba, że ostatecznie z dużej chmury spadnie mały deszcz. Trudno mi w to w tej chwili jednak uwierzyć, w ogóle nie przewiduję takiej możliwości.

Mixtape oparty został o kradzione bity jednego z najlepszych amerykańskich producentów, znanego pod pseudonimem Statik Selektah. Nic więc dziwnego, że jeśli chodzi o brzmienie, to właściwie nie można nic "Stick2MyNameRight" zarzucić. Większość wybranych przez Te Trisa bitów obiło mi się wcześniej o uszy, od razu rozpoznałem tylko jeden z nich. Mam tu na myśli ten wykorzystany w utworze "Stój, Patrz, Słuchaj", od którego rozpoczynał się przecież promomix "Co jest cięte" Brudnych Serc. W tym miejscu warto jeszcze zwrócić uwagę na osobę DJ Torta, który dołożył cuty oraz zajął się mixem album. To właśnie dzięki niemu przejścia między kolejnymi utworami są płynne.

Główną rolę na "Stick2MyNameRight" odgrywa oczywiście sam Te Tris. Wprawdzie nie przygotował on tak charakterystycznych patentów na utwory jak chociażby w rewelacyjnym "Magnum" z "Naturalnie", bo takie pewnie zostawia sobie na "Dwuznacznie", lecz naprawdę pokazał klasę. Ulubionego utworu z mixtape'u wybrać po prostu nie potrafię. Na pewno bardzo spodobały mi się retrospekcje z utworu "Ze śmiercią mi nie do twarzy", a mówiąc dokładniej dwie historie z życia Te Trisa, które mogły zakończyć się tragicznie. Tytuł tracku to oczywiście follow-up do numeru "Ze śmiercią mi do twarzy" duetu EsDwa & Pogz, który notabene pojawia się gościnnie na "Stick2MyNameRight", ale w dwóch numerach osobno. Jeśli już przy nazewnictwie kawałków jesteśmy, to wypada nadmienić, że niemal zawsze pochodzą one od wcześniej nadanych, anglojęzycznych tytułów.

Wspomniałem przed chwilą o follow-upach i powinienem pociągnąć dalej ten temat, bo jest to moim zdaniem jeden z mocniejszych punktów "Stick2MyNameRight". Te Tris nawiązuje do wielu polskich wykonawców hip-hopowych, poczynając od Paktofoniki i Gurala, idąc przez grupę Dinal, Smarkiego, Jimsona, kończąc na Barry Whicie. Już w intrze raper z Siemiatycz śmieje się z manii backmasingu, jaka swego czasu opanowała polski Internet ("Nie rozumiesz, puść odwrotnie"). Najbardziej upodobałem sobie jednak dwuwers: "Kiedyś Praktik powiedział, jeszcze będziesz pierwszą ligą / Czekałem długo dostrajając swoją częstotliwość" - chyba nie muszę mówić do czego to follow-up? No i jeszcze mocno rozbawiło mnie nawiązanie do 2cztery7 ("Bez różnicy nawet jak w Polsce odnajdę Kalifornię / Bo słońce widuję średnio mniej więcej co dwa tygodnie / Od zmierzchu do świtu jak Quentin czy inny Rodriguez / Ja blady jak brat Ali, spalony innym księżycem").

Na szczególną uwagę zasługuje utwór "Może pogadamy", w którym Te Tris zachęca do zwiększenia roli dialogu nie tylko w globalnej polityce, ale również w życiu każdego człowieka. W podobnym tonie utrzymany jest "Nie przestawaj", gdzie MC z Siemiatycz radzi słuchaczowi, aby "nigdy nie przestawał marzyć". Oba wspomniane przed chwilą tracki mają w sobie trochę patosu, co niektórych może odrzucać. Mi się to właśnie podoba, bo pokazuje, że raperzy też mogą mieć ambitne teksty. A przecież nie kłócą się one z wysokimi umiejętnościami - Te Tris płynie po bicie wręcz wzorowo. Udowadnia swoim stylem, że jak nikt zasługuje na legalne wydawnictwo.

"Stick2MyNameRight" to póki co najlepsze, co zdarzyło się w polskim rapie w tym roku. Ktoś gdzieś napisał, że tak naprawdę to należy go traktować nie tylko jako wstęp do burzy i 13 rewelacyjnych tracków, które w tak znakomity sposób ocutował i zmiksował DJ Tort. Mixtape Te Trisa to bowiem jedyny w swoim rodzaju, wielki follow-up do krajowej sceny. Jeśli słuchasz czegoś więcej niż trzech polskich raperów na krzyż, to jestem pewien, że szybko poznasz się na "Stick2MyNameRight". Wracam do słuchania, a w "Dwuznacznie" upatruje płyty roku.

Ocena: 8+/10

wtorek, 7 kwietnia 2009

CunninLynguists - Strange Journey Volume One

Rewelacyjne trio z Atlanty powróciło szybciej niż się spodziewałem. Minął ledwie nieco ponad rok od naprawdę dobrego "Dirty Acres", a trójka raperów z Georgii już wydała kolejny album. "Strange Journey Volume One" nie można jednak traktować jako pełnoprawnego LP, a bardziej jak mixtape w stylu obu części "Sloopy Seconds". Niemniej spora zajawka jest – w końcu to CunninLynguists, moja ulubiona grupa ze Stanów Zjednoczonych.

Na pierwszą odsłonę "Dziwnych Podróży" składa się 16 tracków, w tym m.in. wersja live kawałka "Lynguistics" (moc!), 3 kawałki autorstwa innych wykonawców (Inverse, Tonedeff i Mr S.O.S. – wszyscy na wysokim poziomie) oraz 3 remiksy utworów z "Dirty Acres": "Dance For Me", "KKKY" i "Georgia" – w pierwszym zmieniono bit, w dwóch pozostałych dograli się inni raperzy, w tym mój faworyt – Sheisty Khirts, na którego zwróciłem już uwagę wcześniej przy okazji numeru "Gun" z ostatniej płyty CunninLynguists. Wyłączając bodajże 3 skity, resztę albumu stanowią numery premierowe.

Spoglądając przed premierą na tracklistę, podejrzewałem, że największym hitem ze "Strange Journey Volume One" będzie kawałek nagrany wspólnie z Looptroop Rockers i Hilltop Hoods. Nic z tego. "Nothing But Strangeness" okazało się tylko i wyłącznie jednym z wielu dobrych utworów z płyty. A przecież z takiego zestawienia powinna wyjść prawdziwa – jak to ktoś gdzieś napisał – koncertowa petarda. Najbardziej spodobały mi się numery "Move" oraz "Hypnotized" z gościnnym udziałem PackFM oraz Club Dub. Oba kawałki zwróciły moją uwagę głównie ze względu na naprawdę rewelacyjne bity autorstwa Kno. Sampel użyty w drugim z nich to istny miód dla uszu. Nie można też zapominać o obu singlach promujących pierwszą część "Dziwnych Podróży". Zarówno "Never Come Down (The Brownie Song)", jak i "Don’t Leave (When Winter Comes)" to naprawdę porządne, hip-hopowe jointy. Swoją drogą, w tym drugim zwrotkę dołożył Slug, znany przede wszystkim z mającego wielu fanów na całym świecie składu Atmosphere.

"Strange Journey Volume One" może wywołać u wielu fanów CunninLynguists poczucie niedosytu. Jestem nawet w stanie zrozumieć, że ktoś się albumem rozczaruje. Taka sytuacja nastąpić powinna jednak tylko wtedy, kiedy ktoś nastawi się na drugie "A Piece of Strange" albo "Southernunderground". Ja nie miałem takich oczekiwań i pierwsze "Strange Journey" przyjąłem bardzo pozytywnie. Czekam już po cichu na drugą część, tymczasem dalej osłuchuje się z wydanym dosłownie kilka dni temu krążkiem. Niedługo nadejdzie czas, by jak kolega Smarka, wcisnąć "zamów" i czekać na przesyłkę z USA...

Ocena: 8/10

niedziela, 5 kwietnia 2009

Inverse - So True EP

Są tacy wykonawcy, o których ciężko jest mi cokolwiek powiedzieć. Ocenianie samej muzyki nie jest jeszcze jakieś wielce trudne. W końcu wystarczy tylko wyrazić swoją opinię, wydukać z siebie ogólny odbiór albumu, ewentualnie wspomnieć o jego wadach i zaletach. Gorzej zaczyna być w momencie, gdy wypadałoby powiedzieć coś o samym artyście, o jego przeszłości i tym podobnych zawiłościach okołomuzycznych.

Właśnie taki problem pojawia się w przypadku Inverse. Na początku roku trafiło w moje ręce "So True", za którym stał właśnie ten duet. Materiał polecono mi słowami "epka roku". Biorąc pod uwagę, że mieliśmy wtedy styczeń, autentycznie było to najlepsze krótkie wydawnictwo jakie było nam dane poznać od początku 2009 roku. O samym Inverse wiem niewiele. Z tego co zdążyłem zauważyć, duet nawiązał przyjacielskie stosunki z CunninLynguists. Nie dość, że 2 utwory na "So True" wyprodukował rewelacyjny Kno, to jeszcze w jednym pojawia się Deacon. Mało tego, na świeżutkim, najnowszym materiale od chłopaków z Atlanty – "Strange Journey Volume One" jeden z utworów należy właśnie do Inverse.

Nic więc w sumie dziwnego, że jeśli chodzi o klimat, to album przypomina mi właśnie produkcje CunninLynguists. Miłośnicy składu z Georgii powinni dokładnie wiedzieć, czego po "So Far" się spodziewać. Sam odnalazłem się w epce Inverse od razu. Nic dziwnego, przecież wciąż utrzymuję, że moją ulubioną hip-hopową grupą ze Stanów Zjednoczonych jest właśnie CunninLynguists. Wybór najlepszego utworu z płyty to dla mnie nie lada wyzwanie. Najbardziej do gustu przypadły mi chyba dwa pierwsze kawałki – otwierające album, charakteryzujące się pogodnym charakterem i wesołym śpiewem w tle "Rise and Shine" oraz tytułowe "So True", gdzie gościnnie słyszymy właśnie Deacona.

O brzmienie albumu zadbało czterech producentów. O Kno zdążyłem już wspomnieć. Finalny produkt wspomogli jeszcze Cook Classic (połowa kawałków jego autorstwa), Adam Berg oraz Decapbeats. Co wyszło? Dość zróżnicowany, lecz zarazem spójny, blisko dwudziestopięciominutowy kawał dobrej muzyki. Zupełnie jak – przepraszam, że się po raz kolejny powtórzę – w przypadku CunninLynguists.

Przyznam, iż "So True" mnie nie powaliło. Słyszałem już lepsze epki. Przypuszczam (a właściwie mam nadzieję), że i w tym roku pojawią się krótkie płyty, które pobiją dzieło Inverse. Miło jednak było posłuchać. W końcu jest to naprawdę dobry album, w dodatku utrzymany w zajebistym klimacie. Chcecie więcej muzyki w stylu CunninLynguists? Szybko sprawdźcie "So True" od duetu Inverse.

Ocena: 7/10

poniedziałek, 30 marca 2009

Projektanci - Mamy to we krwi

Projektantów poznałem w zeszłym roku, kiedy to w moje łapska trafił nowowydany nielegal pt. "Braterstwo Krwi". Oprócz Głowy, Rymka i Klemy pojawiła się na nim cała plejada znakomitych gości, że tylko wspomnę o Łonie, Sokole, Ostrym i Płomieniu 81. Ogólnie rzecz biorąc płyta była jednak mocno przeciętna. Wybijał się tylko znakomity, klimatyczny utwór "Pamiętasz?" z rewelacyjną zwrotką wspomnianego przed chwilą kolegi Webbera.

O wydanym 3 lata wcześniej legalu "Mamy to we krwi" słyszałem, że jest nieco lepszy. Nadarzyła się bardzo korzystna okazja, więc zakupiłem album. I co? I znów przeciętność i nijakość. Nie zrozumcie mnie źle, Głowa, Rymek i Klema nawijają całkiem dobrze, poruszają też ambitne tematy. Nie mają jednak tego czegoś, co by porywało, co by sprawiało, że krążek kręciłby się w odtwarzaczu często, a nie tylko kilka razy od czasu, gdy dołączył do mojej kolekcji.

Projektantom nie pomagają nawet goście. Ostry wypadł znacznie poniżej swoich możliwości. Nieco lepiej pojechał Łona, aczkolwiek w porównaniu do mistrzowskiej zwrotki z "Pamiętasz?" właściwie nie ma czym się zachwycać. Ciekawym zjawiskiem są 3 featuringi od raperki Aha T. Inna sprawa, że pewnie nie zwróciłbym na nią uwagi, gdyby była innej płci. W końcu nawijających kobiet na polskiej scenie hip-hopowej wciąż jest jak na lekarstwo.

Większość utworów wyprodukował nie kto inny a sam O.S.T.R. – przez wielu uważany za najlepszego polskiego beatmakera. Prawda jest jednak taka, że najlepsze kąski Adam zostawia na swoje solówki. Dla Projektantów przygotował podkłady trzymające pewien wysoki poziom, lecz zarazem gorsze od tego co ma na własnych płytach. Na dobrą sprawę nie ma się jednak do czego przyczepić. Oprócz Ostrego parę bitów dołożył Rolo, zaś jeden wysmażył DJ Twister.

"Mamy to we krwi" w żadnym calu mnie nie zachwyciło. Nie można jednak powiedzieć, że Projektanci nagrali płytę słabą. Efekt ich pracy jest po prostu przeciętny – nawet zaproszeni goście dostosowali się do poziomu reprezentowanego przez Rymka, Głowę i Klemę. Legalny debiut chłopaków ze Szczecina można sprawdzić, lecz żadnego musu nie ma.

Ocena: 5/10

środa, 25 marca 2009

Ten Typ Mes - Alkopoligamia: Zapisky Typa

W piątej klasie podstawówki – przyznaję się bez bicia – słuchałem Mezo oraz Radia Eska. Mniej więcej w tym czasie, kiedy królowała "Mezokracja" oraz "Aniele", coraz częściej zaczynała pojawiać się w mediach ksywka Mes (aczkolwiek po raz pierwszy usłyszeliśmy o nim znacznie wcześniej). Wcześniej poznałem dissy na Lajnera, a może jednak "List" nagrany z Emil Blefem? Szczerze mówiąc nie mam bladego pojęcia. Choć byłem fanem Mezo, to "Jak to jest" oraz "Nagłą śmierć" Mesa doceniłem. Mimo tego, nigdy za warszawiakiem jakoś specjalnie nie przepadałem. Flexxipu właściwie poznałem tylko "List", zaś 2cztery7 to dla mnie straszna nuda i projekt całkowicie nietrafiony w moje gusta.

Po koncercie w Gorzowie, postanowiłem jednak zapoznać się z solówką Piotra Szmidta. Początkowo byłem nastawiony sceptycznie, później jednak zacząłem się do niej coraz bardziej przekonywać. Nie żebym się zachwycił i zachłysnął, do tego jeszcze daleko, ale rozumiem ludzi, którzy uznają "Alkopoligamię" jedną z lepszych płyt w historii polskiego rapu bądź mówią o niej jako o klasyku. W przeciwieństwie do grupki osób, określających "Spalonych Innym Słońcem" mianem albumu 2008 roku, ale zostawmy 2cztery7 w spokoju.

"Zapiski Typa" zaskoczyły mnie przede wszystkim warstwą liryczną. Mes nawija na poważne tematy – nie można mu zarzucić braku ambicji czy inteligencji. Równocześnie wplątuje w to wszystko imprezy, dziewczyny i alkohol. Taki zabieg spotkał pewnie wielu zwolenników, a nawet jeśli komuś się to nie podoba, to myślę, że można spokojnie przymknąć oko na niektóre płytsze, bardziej przyziemne wersy. No chyba, iż z polskiego rapu nie słuchacie nic poza Eldoką i Łoną, którzy w swoich tekstach stronią od tego typu wycieczek.

Jako pierwszy do gustu przypadł mi „Strach”, gdzie Mes rzuca jakże prawdziwe: "Strach, zwykle wypierają się go ci / Którzy nie mogą przestać się bać". Dość bliźniacze wydaje mi się "Witaj śmierci" – tu natomiast Typ opowiada historię z życia, po której przestał obcinać włosy na łyso. Ciekawym trackiem wydaje mi się jeszcze kończące płytę (w wersji standardowej) "Pół żartem/Pił serio", czyli "przewidywanie autobiograficznych scenariuszy" przez samego warszawiaka. Uwagę warto poświecić jeszcze numerowi "Wjaazd!", czyli – parafrazując słowa Mesa – "singlowi, którego możesz wreszcie słuchać". Całkiem pozytywnie odebrałem też "Cygara i pety". Można powiedzieć, że autor "Alkopoligamii" uprawia tutaj dość specyficzne braggadocio, zresztą wkrada się ono niemal do każdego kawałka.

Produkcją albumu zajął się cały sztab producentów – poczynając od Webbera, idąc przez Emade, Demena i duet WhiteHouse, kończąc na samym Typie. Bity określiłbym mianem "bujająco-jazzowych". Co więcej, Mes płynie po nich wręcz znakomicie. Zresztą nie od dziś wiadomo, że Piotr Szmidt posiada jedno z lepszych i bardziej charakterystycznych flow w Polsce.

Jak wspominałem, do "Alkopoligamii" nastawiony byłem dość sceptycznie. Ostatecznie mi się jednak spodobało. Daleko jestem do nazywania solówki Mesa klasykiem, lecz wydaję mi się rzeczą całkowicie naturalną, że komuś może się ta płyta podobać na tyle, aby takim mianem ją ochrzcić. Moim zdaniem warto sprawdzić, Typ wciąż zaciekawia i intryguje. Po tym jak poznałem "Alkopoligamię", niecierpliwie wyczekuję drugiego solo, które zapowiedziano już kilka miesięcy temu. Może być naprawdę niezłe!

Ocena: 8/10

wtorek, 24 marca 2009

Miuosh - Projekcje

Śląski rap jako całość nigdy mnie nie zachwycał. Zachłysnąłem się jedynie trzema płytami legendarnej grupy Kaliber 44. Nawet ubóstwiana Paktofonika to dla mnie tylko kilka dobrych utworów oraz masa wypełniaczy, która pozwoliła wydać LP w postaci "Kinematografii". Znalazło się jednak parę projektów, które wspominam całkiem pozytywnie. Wystarczy tu tylko wspomnieć o "Recepturze" Pokahontaz.

Dziś jednak przytoczę postać Miuosha - raper pochodzący oczywiście ze śląska, słabo promowany, choć miewający swoje przysłowiowe pięć minut. Kiedy cała hip-hopowa Polska poznała popularny utwór "Za szybcy się wściekli" Rahima i Fokusa, poznała też Miuosha, który wystąpił w tym singlu gościnnie. Zresztą na debiutanckim albumie Pokahontaz pojawia się on niejednokrotnie – wokalnie jeszcze w numerze "Re’Trans’Misja" oraz w roli producenta w tytułowej "Recepturze" i "Te Wydatki". Przed paroma tygodniami ksywka Miuosha zaczęła pobrzmiewać nie tylko w kręgach hip-hopowych, ale również wśród fanów reggae, albowiem do sklepów trafiła jego płyta nagrana wraz z Bas Tajpanem. O "Fandango Gang" jeszcze zdążę napisać, weźmy może pod lupę "Projekcje" – solówkę śląskiego rapera.

Album promowany był przez utwór "Meksyk" – całkiem trafny wybór, w końcu to jeden z najlepszych tracków z krążka. Wbrew pozorom Miuosh nie przenosi się jednak za Atlantyk, nie nawija o kartelach narkotykowych, o pięknych krajobrazach znad Rio Grande, ani nawet o smogu pożerającym stolicę południowego sąsiada Stanów Zjednoczonych. Przywołuje za to "pierdolony Meksyk Europy", tj. – a to ci heca! – współczesną Polskę. Jak łatwo się domyślić, nie tylko nie wypowiada się o niej w samych superlatywach, a nawet w dość dosadny sposób wylicza rzeczy, które mu się w naszym kraju nie podobają. Do najlepszych utworów z "Projekcji" zaliczyłbym jeszcze bujające "Grim Fandango" nagrane wraz ze Skorupem oraz zahaczający o tematykę filmową braggadocio, w postaci kawałka tytułowego, w którym gościnnie pojawia się Lilu. Swoją drogą łodzianka zaskoczyła naprawdę mocną zwrotką, w mojej opinii jedną z fajniejszych w swojej karierze ("Choć mam jeszcze Lu, a Spike ma tylko Lee / To pytam 'Who get game?', a Wy mówicie: Ty!").

Nieco gorzej, ale nadal dobrze odebrałem jeszcze dwa inne utwory. Pierwszy z nich to "Obrońca miast i wsi" z featuringiem Rahima i – przyznam się bez bicia, że nie umiem w żaden sposób uargumentować tego wyboru. Z drugim numerem jest już jednak inaczej. W "Inwigilacji"Miuosh nawija o złudnej wolności, ograniczanej przez wszelkiej maści nowinki techniczne. Oczywiście, jest to lekkie dramatyzowanie z jego strony, niemniej trudno mu nie przyznać racji choć po części ("Wolność to tylko jedno słowo z wielu / Dawno pozapominali oni w pędzie do celu / Złamali, co zapowiadali lata temu / Dali nam ten sam chłam, co za PRL-u / Dali komy, łącza i karty do rąk / Dali coś tam, a więc teraz coś nam biorą / Biorą słowa, myśli i czyny, ponoć / Po to tylko by zapobiec pedofilom i homo").

Reszta to jednak tylko wypełniacze, utwory bezpłciowe, nie wywołujące we mnie jakichkolwiek emocji. Może się wystarczająco nie wsłuchałem, może po prostu nie próbowałem się przekonać, ale naprawdę nie znalazłem nic, co mogłoby mnie zainteresować. Nie pomagały bity – nie jestem wielkim fanem śląskich produkcji, więc nic dziwnego, że większość utworów nie podeszło mi również pod względem brzmienia. Wyróżnia się na dobrą sprawę tylko wspominana "wielka trójka", a mianowicie "Grim Fandango", "Projekcje" oraz "Meksyk" (świetne wejście!).

Solówka Miuosha wielkim dziełem nie może być. A dobrą płytą? Ciężko stwierdzić. Gdyby nie kilka wspominanych przeze mnie utworów, przeszedłbym obok niej obojętnie. A tak... Ciężka sprawa. Za te pięć zacnych kawałków oraz ciekawe featuringi (oprócz wymienionych m.in. Mea i Puq), mogę dać co najwyżej siódemkę w dziesięciopunktowej skali. Dla niektórych to i tak będzie znacznie wygórowana ocena. Niemniej, spora zajawka na "Meksyk" i "Projekcje" u mnie występuje. Sprawdźcie, choćby dla tych kawałków.

Ocena: 7/10

czwartek, 19 marca 2009

Kubson - Materiał Numer Jeden

W 2005 roku mieliśmy "Najebawszy EP" Smarka. W 2006 było "W strefie jarania i w strefie rymowania" opolskiego składu Dinal. Rok 2007 już nam takiej undergroundowej bomby nie przysporzył. Pojawiło się jednak parę wydawnictw na całkiem wysokim poziomie, wspomnę tylko "Wyższe Dobro" Weny, "Nic się nie dzieje" Ortegi Cartel, "Obraz" Revo oraz debiuty Racy i Sekaku. Do tego zacnego grona aspiruje jeszcze "Materiał Numer Jeden" Kubsona. Wiele osób album ten ocenia bardzo wysoko, jeszcze więcej nie ma o jego istnieniu zielonego pojęcia. Pewnym jest natomiast to, że chyba nie ma bardziej klimatycznego, podziemnego krążka, który wydano w 2007 roku.

Kubson działa w undergroundzie od ponad 10 lat. Na początku swojej przygody z rapem założył wraz z Gąsiorem i Młodym skład Retrospekcja, z czasem przekształcony w Konkluzję. Grupa płyty jednak nie wydała, więc Kubson postanowił wziąć wszystko w swoje ręce i nagrał solówkę. Choć sam jest producentem, to jednak przy bitach pomagał mu Młody. Przyznam się bez bicia, że nie mam pojęcia, który z nich miał większy wpływ na brzmienie albumu, czy może wręcz nawet obaj panowie podzielili się pracą na tej samej zasadzie co swego czasu Pezet z Noonem. Nie mam jednak żadnych wątpliwości co do tego, że bity są bardzo mocnym punktem "Materiału Numer Jeden". Produkcje oparto o jazzowe sample, poszczególne utwory są ciepłe i chilloutowe – debiutu Kubsona doskonale słucha się wieczorami, świetnie przygotowuje on do snu.

Warszawski raper nieco gorzej radzi sobie na mikrofonie, w końcu nie jest to żaden techniczny wymiatacz i posiadacz oryginalnego flow. W dodatku barwa głosu Kubsona może niektórych denerwować, zwłaszcza wtedy, gdy zestawimy wrodzoną bądź nabytą chrypę z kojącymi, jazzowymi bitami – te dwie rzeczy niekoniecznie powinny iść ze sobą w parze. Autor "Materiału Numer Jeden" swoje braki warsztatowe nadrabia jednak ambitnymi, szczerymi i płynącymi prosto z serca tekstami. Pokuszę się o stwierdzenie, że pod tym względem Kubson to taki Eldoka do kwadratu. Najbardziej upodobałem sobie kawałek "Ś.P.", gdzie artysta w poruszający sposób wspomina tych, którzy już odeszli z tego świata. Co więcej, wyśmienitą warstwę liryczną uzupełnia naprawdę rewelacyjny, ewoluujący z czasem bit. Najbardziej znanym utworem z "Materiału Numer Jeden" jest jednak utwór "o Warszawie", do którego swego czasu powstał teledysk. Tutaj najbardziej podobają mi się cuty – ciekawi mnie, jaki DJ podjął się tego zadania.

Debiutancki album Kubsona odbieram bardzo pozytywnie. Świetny klimat, mistrzowskie w każdym calu bitu oraz ambitne i prawdziwe teksty od samego warszawiaka, co podoba mi się chyba najbardziej. Pewne braki raper nadrabia właśnie wypluwanym z ust liryzmem, którym wręcz dystansuje konkurencje. Warto sprawdzić "Materiał Numer Jeden" wieczorem, gdy nie ma się już najmniejszej ochoty na bardziej bujające rytmy. Jeśli więc jeszcze solo Kubsona nie słyszeliście, to nadróbcie zaległości. Koniecznie jakąś godzinę przed snem.

Ocena: 8/10

środa, 18 marca 2009

Matisyahu - Youth

Matisyahu, a właściwie Matthew Paul Miller, to jedna z najciekawszych postaci współczesnego, światowego rynku muzycznego. Pochodzi z Nowego Jorku, gra reggae z lekką domieszką rapu. Ponadto, jest ortodoksyjnym Żydem. Wygląda jak typowy chasyd – nosi jarmułkę i pejsy. Rygorystycznie przestrzega też prawo żydowskie. Jakby tego było mało to właśnie Matisyahu pokazuje, że muzyka reggae może być tworzona nie tylko na jedno kopyto, że nie musi być pustym kserowaniem Boba Marleya, że jedyną alternatywą dla jamajskiego roots reggae nie jest tylko ragga oraz dancehall.

Do największych osiągnięć artysty należy album "Youth". Swoją drogą jest to mój absolutny faworyt jeśli chodzi o dyskografię Matthew Paula Millera. Nowojorczyk obdarzony jest przede wszystkim genialnym głosem, który niezwykle pomaga mu w wyciągnięciu dźwięków, nie możliwych do wydobycia przez zwykłego śmiertelnika. Matisyahu to jednak nie tylko znakomity wokalista, ale również świetny raper. Warto w tym momencie zwrócić uwagę na jego znakomitą dykcję. Ktoś może powiedzieć, że przecież każdy liczący się MC w Stanach słowa wypluwa wyraźnie. Przyznam mu rację, ale niech najpierw usłyszy w jakim tempie ortodoksyjny Żyd potrafi nawijać. Ciężko tego nie zauważyć chociażby w tytułowym "Youth" – myślę, że znalazłoby się tak naprawdę niewielu czarnoskórych raperów, którzy dorównaliby na tym polu Matisyahu. Zatem wiemy już, że nowojorczyk łączy na swojej najlepszej płycie reggae z rapem. Nie dość, że czyni to bardzo umiejętnie, to prezentuje też dość świeże podejście. Wielu może zdziwić się faktem, iż z takiej właśnie mieszanki rodzi się wspomniany już wielki przebój "Youth", którego refren oparto na ciężkich, gitarowych riffach.

O warstwie lirycznej też złego słowa powiedzieć nie potrafię. W niektórych utworach (zwłaszcza w "Jerusalem") wyraźnie daje się odczuć, że mamy do czynienia z wyznawcą najstarszej monoteistycznej religii świata, co pewnie antysemitom się nie spodoba, ale przecież żaden z nich nie słuchałby Matisyahu chociażby ze względu za sam wygląd – głupota ludzka nie zna granic. Jeśli chodzi jednak o tekst, to po raz kolejny moim faworytem jest kawałek tytułowy – od razu słychać, że mamy do czynienia z reggae nie tylko pod względem brzmienia, ale również przekazu. Niczego sobie jest też kończące płytę "King Without A Crown". Warto dodać, że w kawałku "Shalom/Salam" Matisyahu porzuca rolę wokalisty oraz rapera i wciela się w beatboxera. Wychodzi mu to całkiem dobrze, choć wydaję mi się, że są znacznie lepsi w tej dziedzinie.

"Youth" posiada jednak pewne wady. Przede wszystkim album jest dość nierówny. 3 utwory w moim odczuciu zasługują na miano hitu ("Jerusalem", "King Without A Crown" oraz piosenka tytułowa), reszta już znacząco odstaje (no, może poza "WP" z całkiem fajnym featuringiem). Jasne, pozostałe kawałki nie schodzą poniżej pewnego0 wysokiego poziomu, lecz osobiście odczuwam, że nie jest to już to samo. Mimo tego, album pozostawia po sobie bardzo dobre wspomnienia. Myślę, że każdy fan dobrej muzyki powinien go sprawdzić. Nie spotkałem jeszcze osoby, która nie byłaby postacią Matisyahu zaintrygowana. Plusik w ocenie za 3 naprawdę mocne przeboje.

Ocena: 8+/10